Skip to main content

Full text of "Wiadomości Literackie 1938 nr 9"

See other formats


Cena 



groszy 



łOBODOWSKI: TRAGEDJA ŻYDOWSKA - DĄBROWSKA: ..DERMANKI" W PUBLICYSTYCE " * W "p*i* 8 ,tr OP 

WIADOMOŚCI 



LITERACKIE 



Prenumerała kwartalna zł. 9.— 
z przesyłka pocztów q. 
Konto w P K.O. nr. 8.51 5 
Pocztowe kania 
rozrachunkowe nr.73 
Administracja 
Warszawa, Królewska 1 3 
W Warszawie prenumeratę 
maina zgłaszać 
telefonicznie nr. 223-04 



O D N I 



K 



Nr. 9 (748) 



Warszawa, Niedziela 27 lutego 1938 r. 



Rok XV 



MARJUSZ DAWN 



Piekło w domu rodzinnym 



POPŁOCH 



Ci, co czytali „Mort a credit", pamię- 
tają awantury, jakie wyprawiał ojciec 
Ferdynanda. Dom się trząsł, kiedy stary 
w pasji zwalał na Żydów i masonów 
wszystkie swoje nieszczęścia: -upokorze- 
nia w biurze, szacherki klientek, gałgań- 
stwa sąsiadów, chorobę, nędzę. 

Teraz przyszła kolej na synka... W 
„Bagatelles pour un massacre" *) Celinę 
robi piekło w tym samym stylu, ale 
przykrojone na własną, gigantyczną mia- 
rę. Chwilami trudno je wytrzymać. Czy- 
lam, i zdaje mi się, że lawina spada mi 
na głowę. „Nox, córo Michała Anioła, 
co śpisz w milczeniu świętem z twarzą 
tajemniczą, kutą rylcem genjusza u Tyta- 
nów czoła" — modlę się o ciszę słowami 
Baudelaire"a. Noc ciążącą nad światem 
wypełnia Celinę orkiestrą maligny. Prze- 
raża nas, ogłusza, odpycha, aby za chwi- 
lę wciągnąć w głąb wiru, w jakąś wła- 
sną nieodpartą „melodję Vinteuila". 

Oba te porównania są Ceiine'owi nie- 
nawistne. Michał Anioł — to renesans, a 
renesans — to „inwazja żydowska". Vin- 
teuil jest kreacją pół-Żyda Prousta, Żyd 
zaś, pół-Żyd, jedna czwarta Żyda — jak 
Lenin (!), czy jedna ósma ■ — jak Raci- 
ne (!), żonaty z Żydówką — jak Poin- 
care, zażydzony — jak Clemenceau, 
Montaigne czy Zola, demokrata, pacyfi- 
sta, mason, czy wreszcie (o, Boże!) An- 
glii — to jeden djabeł, jeden Moloch, je- 
den Żyd! Żyd! Żyd! 

Surrealistyczny styl autora osiągnął 
tu doskonałość. Dystans między sceną 
a widownią przestał istnieć. Czytelnik 
czuje fizyczną obecność Celi«e'a, tu w 
Warszawie, we własnym pokoju, i... je- 
żeli trzaśnie grubym tomem o ścianę, to 
w nadziei, że trafi w autora. 

Dyskusja nad tą książką pachnie ma- 
glem. Wyrafinowani Intelektualiści, 
schwytani na lasso nieprawdopodobnych 
obelg, zapominają (wykwintnego) języka 
w gębie: to warjat! to idjota! ■ — krzyczą. 
Albo, udając spokój, piszą jak krytyk z 
„Mariannę": to jest patologja, a nie lite- 
ratura. Chorych nie należy sądzić. Pan 
Celinę uważa, że w Trzeciej Rzeszy rzą- 
dzą Żydzi. „Hitler doit etre payć par 
des Juifs". 

Otóż nieprawda! Celinę nie napisał 
tego. Celinę przykłada sobie Hitlera jak 
kompres do rozpalonej głowy, tuli się 
do prostoty kanclerza, jak rozełkane 
dziecko do piersi matki. „Ferdynandzie, 

— zwraca mu uwagę jego kolega Popol, 

— wstyd, żeby człowiek w twoim wie- 
ku robił takie hece. Chyba, że sam 
chcesz zostać Hitlerem. Mais t'as pas le 
genre tyrolien. Tu peux pas faire trou- 
la-itou". 

MAZURKIEWICZ, BÓJ SIĘ BOGA... 

Rok minął od czasu jak Celinę napi- 
sał swoją książkę o Rosji. Żydzi nie od- 
grywają w niej żadnej roli. „Mea culpa 
kończy się przepowiednią, że Rosja zo- 
stanie państwem totalnem „z Żydami 
czy bez Żydów". W „Bagatelles pour un 
massaore" Rosja jest barankiem w rę- 
ku Żyda- oprawcy. Celinę spojrzał na 
świat oczami hitlerowca w wieku dojrze- 
wania: wszędzie i wszyscy są marionet- 
kami, skaczącemi w takt żydowskiej mu- 
zyki, Żydzi mają całe złoto ziemi, oni 
dyktują prawa, oni posiadają najpiękniej- 
sze kobiety aryjskie (po pięć, po dzie- 
sięć jednego wieczora), oni decydują o 
wojnie i pokoju... i niemasz przed mmi 
ratunku. „Do nieba też nie pójdziesz, 
Ferdynandzie, bo Bóg jest Żydem . Jak 
widzimy, hitlerowiec-pesymista. 

Celinę, który gołem okiem przegląda 
człowieka, „jak te promienie X , obda- 
rował swój nowy pogląd na świat fakta- 
mi spod ciemnej gwiazdy. Są tu dane 
niezbite, że Trockij dostał od żydow- 
skich bankierów amerykańskich „naj- 
pierw 12 miliardów, a potem jeszcze 125 
miljardów na rewolucję, że Intelhgence 
Service jest całkowicie na usługach Ży- 
dów i że w Anglji rządzą dwie królowe: 
jedna Angielka bez znaczenia, a druga 
Żydówka Simpson, trzęsąca Imperjum. 
Że papież jest Żydem i tak samo paw 
Curie. „Le Vatican est un ghetto juif . 
Cytuje też biednego Rathenaua, który 
miał wyznać, że światem rządzi 300 Ży- 
dów, znanych mu osobiście... Tam do li- 
cha, co się stało? 

Uprzedzam panów żydożerców pate- 
tycznych, że Celinę nie zadowoli ich gu- 

*) Louis-Ferdinand Celinę. Bagatelles 
pour un massacre. Paryż, Denoel, 1937; 
str. 379 i 5nl. 



stów. Iskra, która roznieciła w nim po- 
żar antysemicki, nie „pochodzi ze świę- 
tego znicza na ołtarzu i t. d.". Przeci- 
wnie, powody ekspedycji karnej były — 
jak to podkreśla — natury czysto oso- 
bistej. Co kierowało Celinem, aby tak 
osłabić swoją pozycję? Smak artysty? 
Przekora? Czy wielkopańska swobo- 
da? Dość że uraz żydowski Ferdynan- 
da narodził się wtedy, gdy odpalono mu 
dwa balety, skomponowane na festivale 
taneczne Expo. 

A marzył wówczas o baletniczkach 
jak o zbawieniu duszy. „ — Gułman! — 
zaklinał swego przyjaciela — umieść mi 
te balety! Zrób coś takiego, żebym mógł 
przebywać wśród tancerek, u źródła fa- 
lowania, zmierzającego w nicość... Pra- 
gnę zginąć przez tancerki... Od pierwsze- 
go rzucam wszystko i pracuję tylko dla 
nich... Chcę patrzeć na te nieporówna- 
ne dziewczątka, gdy ćwiczą przy drąż- 
ku, w cieniu ciężkiej kotary... Gutman! 
za cenę takiej uczty miłosnej zmienię 
glob, tego trupa pogrążanego w chmu- 
rach, w gwiazdę pierwszej wielkości". 

Poczciwy Gutman zaniósł rękopisy, 
starał się jak mógł, przedzierał się przez 
kliki i koterje, ażeby wkońcu przynieść 
Ferdynandowi od jakiegoś dyrektora, Ży- 
da czy kuzyna Żydów, słodkawe kom- 
plementy — i kosza. Czarna giełda tea- 
tralna, gdzie cała zabawa polega na po- 
dbijaniu i obniżaniu alkcyj literackich, 
banda zbyt ruchliwą, aby nie popełniać 
gaff, obeszła się z Ferdynandem jak z 
natrętpm. 

Przed podróżą do Rosji Celinę zaklął- 
by: „Kapitaliści, psiekrwie!". Po bliż- 
szej znajomości z Sowietami, kapitalizm 
stracił dla niego wartość jako tarcza 
strzelnicza. Przemalował ją, umieścił w 
środku gwiazdę Dawida. Wszystkich 
przebiegłych, zachłannych, stojących u 
żłobu, bawiących się hazardem w sztu- 
ce i w polityce — nazwał Żydami. Od 
rzemyczka do trzewiczka: od Bluma i 
pani Brunsvig, do Colette i p. Valery. A 
przedewszystkiem — ■ komunistów. Jedy- 
nie dla Thoreza, którego nazywa „bebe 
Fiihrer", zrobi! zaszczytny wyjątek. 

W owym czasie Żydzi, jakby na za- 
mówienie, zalewali mu sadła za skórę. 
Książka „Mea culpa" sprowadza mu 
deszcz listów, w których korespondenci 
z Palestyny nazywają go „Dummkop- 
fem". Nie umiesz „sozial denken" — - pi- 
szą mu cudowne dzieci z Tel-iAwivu. 
Jakiś Helsey w „Journal"u nazywa go re- 
negatem. 

Truand, po którym obelgi spływają 
jak po szkle, na tę zgrzytnął zębami. Ni- 
gdy nie był komunistą jak Gide czy Istra- 
ti. Niczego się nie zaparł. Nie należał 
do „pelerins caviardeux", płacił Sowie- 
tom za wszystko. Póki życia, nie złożył 
kartki w biurze wyborczym. Też się wy- 
brał p. Helsey z swoim „renegatem"! 

Miary dopełnił artykuł w pscudonau- 
kowem, sensacyjnem pisemku, gdzie ja- 
kiś Żyd, nb. nie lekarz, zabawił swych 
czytelników dowodzeniem „niezbicie me- 
todą freudowską", że pisarz Celinę jest 
umysłowo chory. 

Djabli wiedzą, czy nazwać to łajdac- 
kim wybrykiem prasy wielkomiejskiej, 
czy arogancją typową dla Żydów. Fak- 
tem jest że wszystko razem zniecierpli- 
wiło Ferdynanda. Spojrzał na zegar: by- 
ło pięć do Żyda. Bloch przesłonił mu 
Bernanosa, Blum — p- Tardieu, miljar- 
dy żydowskie zatopiły Francuski Bank 
Narodowy. Żydowskie glosy, wargi, no- 
sy i majątki spęczniały, zwaliły się na 
Ferdynanda. Poczuł, że gniotą mu wą- 
trobę, że musi z tern skończyć, bo ina- 
czej szlag go trafi, jak niegdyś ojca... 

DINTOJRA 

We Francji, gdzie odbywa się ta nie- 
zwykła rozprawa z Żydami, Żyd może 
odpowiedzieć CelineWi obelgą na o- 
belgę. W sądach sprawowanych przez Fer- 
dynanda niema sztucznego, strzeżonego 
przez bagnet, dystansu między oskarży- 
cielem a podsądnym. Nie jest to faszy- 
stowski czy sowiecki wymiar sprawie- 
dliwości, gdzie ieden nadyma swe „cia- 
ło podatne gniciu" i łże jak z nut. a dru- 
gi ma zakneblowane usta pod grozą kuli 
czy topora. Dlatego meritum oskarżenia, 
nie bronzowane frazesem kodeksów, jest 
natury tak subtelnej", jak subtelne są isto- 
tne różnice między ludźmi. Natomiast 
forma jest gwałtowna, ponieważ pana 
prokuratora cholera trzęsie. Słowem: 

dintojra. ... , , 

Oskarża synek mieszczański, zbunto- 
wana latorośl „Judaszów Dupont wy- 
chowana w jednej z tych rodzinek, gdzie 



w mieszkanku „genre cimetiere" sprze- 
dałoby się ziemię i słońce za kuponik 
od akcji. 

Louis-Ferdinand Celinę, bożyszcze 
(niech ja skonam!) Żydów i żydoidów. 
dzielny żołnierzyk z „Podróży do kresu 
nocy", zarzuca panom Izraelitom wykrę- 
canie się od służby na froncie, rasizm 
zażarty i spryt piekielny. Zarzuca im, 
że zagarniają całe złoto świata, że są 
nienaturalni, że mają krzywe gęby. Po- 
łowa tych zarzutów uchodzi na szerokim 
świecie za komplement: rasizm, spryt, 
zdolności finansowe. Mogliby się nie o- 
brażać. Przynajmniej bogaci. Ale Celinę 
zna swoich Żydów, „cette salle viande 
de precieux", wie jakie to drażliwe, ja- 
kie czule. Nie omylił się. Niema dnia, 
żeby nie ukazał się w prasie żydowskiej 
jakiś artykuł p. t. „Obłąkanie czy szczyt 
upodlenia p. Celine'a". 

Podkreślam, że dintojra Celine'a od- 
bywa się w r. 1937. Paryż, Expo. „Les 
Juifs sont actuellement aux anges". 

Stolicę świata potraktował Celinę 
nie lepiej niż Żydów. Oglądany od stro- 
ny ścieków, składów sera, wilgotnych pi- 
wnic, Paryż ssie czerwone ciałka krwi 
swoich mieszkańców, kręcących się w 
obłąkanym pośpiechu po odtlenionych 
ulicach, między metrem a pissoirem. 
Wespół z Żydami rej wodzi tu 350000 
epicierów-autochtonów, tępych opojów, 
tych którzy „wygrali rewolucję", a te- 
raz alkoholizują i doprowadzają do u- 
wiądu cały kraj... Na tern tle zaiydzona 
literatura grzecznie opróżnia swój „bi- 
det lyrique" w ozdobnych wypracowa 
niach licealnych. Proporcje, jak widzi- 
my, niesamowite, ale harmonja jest: jak 
u El Greca. 

Spośród wszystkich śmiertelnych, Ce- 
linę wybrał sobie za powiernika Leo 
Gutmana („un petit medecin comme moi, 
en mieux"), który dość jowialnie przyj- 
muje gwałtowność swego przyjaciela. 

„ — Krótkowzroczni są ci twoi Ży- 
dzi, — atakuje go Ferdynand, — i nóż- 
ki mają krzywe, a kurduple jakie! A ob- 
żarte to... Bo drałowało się po pusty- 
niach w wiecznej pogoni za daktylami, 
za starą uryną wielbłądów... Nieodpar- 
ty argument. Co? Może zaprzeczysz? A 
te uszki jak wiatraki, a te platfusy jak 
liście palmowe... Mówię: żydowskie! A 
te okulary, a te zapuszczone choróbki"... 

„ — Nędzne są twoje oskarżenia — od- 
powiada mu Gutman. — Nie pochodzisz 
coprawda z pustyni, ale zato z jaskiń. To 
jeszcze gorzej. Pustynia jest czysta. 
Twoi kochani Aryjczycy nie frygali dak- 
tyli, ale... łajno reniferów, świetne 
mówię ci, topliwe. A zimą prasowane ku- 
le z gnoju. Ugniatane! Oto co spożywali 
twoi ojcowie. I stary łój na dodatek. I z 
tego jesteś taki dumny?". 

Sam Celinę poddaje nam tonację, w 
jakiej można z nim dyskutować. Przypo- 
mina mi się zdanie Boya o krytykach 
Rabelego: „Mozolne wysiłki, aby rozle- 
wne morze fantazji pisarza ująć w ocem- 
browanie pseudonaukowego pedantyz- 
mu, budzi śmiech". Celinę, nowe wciele- 
nie Rabelego. też niełatwo daje się wcią- 
gnąć w rzeczową dyskusję. Ciężkie działa 
obrony żydowskiej walą w próżnię, gdy 
Celinę pisze: — Nie, nie mam nic do Ży- 
dów jako takich... grandziarzy, jak cały 
świat, dwunogich w poszukiwaniu zupy... 
Nie przeszkadzają mi wcale. Żyd może 
być tyleż wart co Bretończyk, Ower- 
njak, tyle co „dziecię Marji"... Możliwe... 
To rasizm żydowski burzy mi krew. Na 



ten rasizm jestem taki zły. Gotuje się we 
mnie na myśl o nim, kiszki mi prze- 
kręca... 

Żydowski rasizm — też nowina! „Być 
wielką ofiarą historji, to jeszcze nie zna- 
czy być aniołem" — pisał w „Mea cul- 
pa" sam Celinę. Nie wiem, coby mu na 
zarzut rasizmu odpowiedział Gutman, 
ale myślę, że Żyd lubuje się, w tym sa- 
mym stopniu co każdy inny, mlekiem i 
miodem płynącem „u nas", że tak samo 
jaki inni, we wzniosłem i drapieżnem 
„nasze" znajduje poczucie ważności wła- 
snej, a bez małpio złośliwego „u nich" 
czuje się nieswojo. Tylko że człowiek 
normalny rozpiera się na własnej ziemi 
i czyta o wrogach ościennych, siedząc 
pod stuletnią lipą, którą odziedziczył 
po przodkach. Żyd zaś, jak warjat, bu- 
duje te same przeżycia na lodzie. Celi- 
nę nie pisze o tych Żydach, którzy dniem 
i nocą pracują nad sobą, aby poskromić 
zdradliwą mimikę, opanować gestykula- 
cję, ujednostajnić intonację głosu, wywa- 
bić z siebie obcość i dochrapać się na- 
reszcie prawdziwej ojczyzny: Francji, 
Polski, Anglji... Bardzo trudno jest w o- 
becnych warunkach utrzymać taką tre- 
sowaną twarz w dobrym stanie. Gdy w 
mieście biją szyby w sklepach żydow- 
skich — grymas wylkrzywia usta i oczy 
zaczynają patrzeć koso, „po żydowsku". 
Nie przez solidarność z ghettem, obcem, 
niezrozumiałem, nawet nienawistnem, ale 
ze strachu o integralne „u nas", zdoby- 
te z takim trudem. 

Żydowska miłość do ojczyzny ma za- 
wsze cechy romansu podszytego więk- 
szym lub mniejszym niepokojem. „Ka- 
pitan Dreyfus — pisze Celinę — jest da- 
leko większy niż kapitan Bonaparte: zdo- 
był Francję i potrafił ją zatrzymać" 

To bajka! Jutro przyjdzie nowy de la 
Rocque — i już po żydowskim raju. „Na- 
sza" Francja zniknie jak fatamorgana. 
Zostanie „nasz" dialekt niemiecki, obro- 
śnięty pleśnią obcych słów, i pełna 
scholastycznych dociekań księga. — 
Z tej niepewności, z wiecznej „Rei- 
sefieber", powstaje w masach żydow- 
skich potrzeba łączności narodowej. Żyd- 
nędzarz wierzy w pomoc zamorskich 
Rotschildów, jak ongi „mużyk" w łaskę 
cara. Rotschild zaś, szczególnie gdy się 
zestarzeje, lubi świadomość, że ma gdzieś 
w rezerwie bóżnice, mykwy i chedery, 
„u nas", „nasze", niezależne od „nich". 
Biedni — jak zwykle — służą bogatym 
do zaspokojenia jakichś tam instynktów. 
Armja Zbawienia więcej zrobiła dla Ży- 
dów niż ich możni współwyznawcy. Ra- 
sizm Żydów, przedstawiony u Celine'a, 
jest monolitowy, nazbyt „zakonny" — i 
przez to raczej niemiecki. 

Ferdynand mnoży dowody, cytuje 
dzienniki i tygodniki, gdzie Żydzi roz- 
pływają się nad wszystkiem co „swoj- 
skie", rozdymają każdą rodzimą wiel- 
kość. Skarżą się, gdy handlarza żywym 
towarem nazwać Żydem, ale oburzają 
się, gdy przy nazwisku Einsteina nie do- 
dać: Żyd. 

Dochodzimy do niepokojącej zagadki: 
rasizm i humanitaryzm nie idą w parze, 
a Żydzi wszyscy są humanitarni! Wszy- 
scy za tolerancją, za równemi prawami, 
za Chaplinem, za Duhamelem! Jakto? 
I bankierzy, i fabrykanci, i wszyscy lite- 
raci, bez wyjątku? Ależ to odwraca pro- 
porcje dobra i zła, zalewa fałszywemi 
banknotami rynek moralności, standar- 
dyzuje sztukę! 

Humanitaryzm pan-Żydów jest według 



ANTONI SŁONIMSKI 



DZIKIE WINO 

Siłą cierpliwej i wątlej rośliny, 

Jak ampelopsis co się pnie po murze, 

Duch mój tak wspina się po klawiaturze, 

Po czterech czarnych stopniach liter mej maszyny. 

Nigdy nie dając soczystego grona 
I całą moc swą czerpiąc z marnej, miejskiej ziemi, 
Do czego dążysz, pniesz się siećmi chwytliwemi, 
Roślino nierozumna, roślino szalona? 

Niepokój, co gorącą bezsenną gadziną 
Zatruwa spokój serca i rośnie pragnieniem, 
I mnie tak każe wspinać się westchnieniem, 
Kwitnąć słowami, więdnąć jak pnące się wino. 

Młodością swą zieloną aż po zżółkią starość 
Trwamy w tej wiecznej walce z kamieniem ponurym, 
Bv jak najdłużej sobą zakryć jego szarość 
I otwarszy ramiona zginąć pod tym murem. 



Antoni Słonimski. 



Celine'a tarczą obronną taką samą jak 
militaryzm dla ludów osiadłych na wła- 
snej ziemi. „Pokój wieczny" — wystar- 
czy szepnąć te słowa, aby Żydzi obsiedli 
je jak muchy kawałek cukru. Ale drzaz- 
gę hitlerowską mają za paznokciem wszy- 
scy, ilu ich jest. 

Jeżeli cała ludzkość zmierza z tru- 
dem i mozołem ku wspólnej ojczyźnie, 
to Żyd, nie mający hamulców w prze- 
ciwieństwie do narodów osiadłych na 
własnej ziemi: „już dziś, już zaraz znoś- 
cie granice" — krzyczy i chce prowa- 
dzić pochód jako pierwszy, który zerwał 
z „przesądem wieków". A tymczasem 
wszystko wygląda na to, że w owej 
wspólnej ojczyźnie przyszłości będzie 
nadal obrzezywał swe dzieci, bo „tatu- 
nio nie przeżyłby tego i... zresztą to 
jest drobiazg". 

Na myśl, że solidarność żydowska 
może położyć bodaj najmniejszy ciężarek 
na szalę wojny z Niemcami, że obce in- 
teresy mogą wygnać ze spokojnych do- 
mostw ludzi, którzy wczoraj jeszcze 
krwawili pod Verdun, Celinę wpada w 
szał. Dintojra robi się gorąca. „Szef 
proklamuje swój manifest, niepozbawio- 
ny wisielczego humoru: żeby wszystkich 
Żydów, w razie wojny, wysłać na front, 
nie dalej niż dwadzieścia metrów od li- 
nji ognia, i trzymać ich tam aż do za- 
wieszenia broni, nawet rannych. Bo gdy 
tylko znajdą się trochę dalej — drapną 
jak nic! 

Celinę zna Żydów jak samego siebie, 
Zna ich nienawiść do wojny. Odmianę 
tej nienawiści, bardziej re wolący jną, no- 
si we własnem sercu. Wie, że do końca 
świata przeciętny Żyd będzie unikał 
strzelania i służenia za cel. Oto dlaczego 
furja go ponosi na myśl, że — podświa- 
domie choćby — prą do wojny z Niemcami. 
Że w pismach swoich nie są już tak pa- 
cyfistyczni jak przed Hitlerem. Jakto? 
Więc za żydowskich kuzynów z Berlina 
i Norymbergi mścić się ma rolnik z Nor- 
mandji i pasterz owiec z Pirenejów? „A 
posłać Żydów na Hitlera, niech mu od- 
biorą zagłębie Saary!" — woła Celinę 
i łapie co mu wpadnie pod rękę: „Stur- 
mera", Rosenberga, deklarację wielkie- 
go rabina, mającą świadczyć o tchórzo- 
stwie Żydów, artykuł z warszawskiego 
„Momentu", odsłaniający żydo-komunę 
(!!), i wali tera wszystkiem w łeb Frontu 
Ludowego. Nie widzi Deterdingów, Krup- 
pów, Rockefellerów, Creusotów przy po- 
kerze, który decyduje o losach prostego 
człowieka. Na Schiffów, Citroenów i 
Warburgów zwala całą odpowiedzial- 
ność za haniebny hazard giełdy i po- 
lityki, który nas trzyma na progu prze- 
paści. Kłują go w oczy synowie „lu- 
du prześladowanego", oni którzy mają 
na swej hipotece współczucie wielkiego 
Zoli. Budzą w nim odrazę, jaką budzi 
gnębiony, gdy zaczyna się panoszyć. 

„Les Juifs cest 85% de culot et 15% 
de vide!". Zarozumiali jak faszyści, sko- 
rzy do demaskowania słabości wszyst- 
kich rządów, wszystkich klas — siebie 
tylko zostawiają w spokoju. Na dworze 
Ludwików śmiano się z komedji Molje- 
ra, które podpalały dwór królewski. 
Przyszła pora, aby panowie Bernstein, 
Verneuil, Achard, Passeur, Deval, Jou- 
vet, Sacha i inni zostawili burżuazję 
francuską do obróbki Celine'owi, a sami 
zajęli się defektami Żydów! „En humour 
comme a la guerre, ceux qui comman- 
dent doivent trinąuer en tout premier 
lieu". 

— Nie mówić, nie pisać o takich rze- 
czach, sza, sza — szepcą Żydzi — to 
nie jest pora „TERAZ, GDY NAS PRZE- 
ŚLADUJĄ". 

I do wszystkich cenzur, do wszyst- 
kich kastracyj dodają jeszcze „cenzurę 
nieustannych męczenników". Sprytni są, 
ale i głupi jednocześnie. Jak wszyst- 
kich rasistów, tak i Żydów gubi brak sa- 
mokrytyki. Staczają się po drodze naj- 
mniejszego oporu. Walą teraz na Fran- 
cję ze wszystkich krajów udręki, spada- 
ją na nią jak szarańcza sami handlarze, 
a Francji potrzeba rąk roboczych do ko- 
palń, do pól buraczanych, do budowa- 
nia dróg. Odwieczny argument Żydów, 
że zabrania się im uprawiać rolę, że nie 
wolno im jeździć na połów ryb, że nie 
przyjmują ich do robót publicznych — 
nie przekonałby Celinę' a, który zna A- 
merykę i Argentynę, Rosję i Afrykę — 
i wie jak jest. 

A szewcy żydowscy, a krawcy, a sto- 
larze, a głodomory? Jak łatwo ich wy- 
pchnąć z tramwaju, łupnąć w zgarbione 
plecy! A pozbawieni sprytu, który w 
walce życiowej jest ekwiwalentem siły 
pięści? A pokorni, a cisi, dokąd pójdą, 



gdy piekielny Celinę zostanie dyktato- 
rem („a Dieu ne plaise"). 

„Wielki Fryderyk — grzmi nowy Tor- 
quemada — polepszył swoje finanse, 
sprzedając Żydom dobre nazwiska. We 
Francji trzeba zrobić to samo. Łupić 
przybyszów! Kazać im płacić za obywa- 
telstwo dobrą angielską walutą. Po sto 
funtów i więcej, zależnie od zamożności. 
Profesorkom, śmieciarzom, rzemieślni- 
kom, krawcom i t. d. wystarczyłoby po- 
liczyć szylinga od sztuki". Przygotowu- 
jąc źaś sobie Żydów na pożarcie, „nie 
zadowolę się — pisze Celinę — nędz- 
nemi figurantami, żałośliwemi obierkami, 
istotami w popłochu, kozłami ofiarnemi, 
mais — voyons — pas du tout, je veux 
du solide"... 

Kiedy Goebbels mówi swoje ulubio- 
ne „ausrotten", drętwieję, nie mogąc 
znieść natężenia obcości, równie strasz- 
nej jak gdyby przemawiała do mnie mą- 
twa albo rekin. Celinę zrobił piekło w 
domu, ale jest ciepłokrwisty, arcyludzki. 
Wystarczy przyłożyć ucho do jego książki 
i cicho posłuchać jak bije w niej serce... 

DZIEŁO SZTUKI 

Celinę zna wartość swej literatury. 
Wie, że niema większej sztuki niż utrwa- 
lić tętno mowy potocznej. W „Bagatelles 
pour un massacre" udało się uwiecznić 
żywą substancję gniewu. Widzimy, jak 
budzi się nienawiść, śledzimy narastanie 
furji, słuchamy ględzenia w chwilach wy- 
czerpania. 

Rozumiem-';, skąd się biorą bredore, 
któremi Celinę zapchał swą opowieść. 
To one podtrzymują gniew, stygnący 
zbyt szybko, aby nasycić wzburzone ner- 
wy Ferdynanda. 

Pod koniec temat zaczyna mu cię- 
żyć. Żydzi przejedli mu się najwidocz- 
niej. „Mais revenons a nos moutons", — 
popędza się jeszcze, — je digresse com- 
me une vieille chaisiere". 

Nic mu to nie pomaga. Zabija go 
medycyna. Ma we krwi swego Semmel- 
weissa. Wszystko co brzmiało prosto, 
„hitlerowsko", cała krzepa jego pióra 
więdnie... Dziewczyna z Sowietów przy- 
słała mu list, bardzo ludzki, bardzo miły. 
Zasmucił się, że Yubelblat z Ligi Naro- 
dów (ten, który nauczył go patrzeć na 
Rosję) umrze, tak jak umarł Schiff, jak 
umrą wszyscy... Jeszcze przed chwilą 
chciał jechać do Irlandji. tam gdzie nie- 
ma Żydów, ale już zmienił zamiar. Zo- 
stanie w Paryżu. Będzie tu po śmierci 
straszył „hou, rou, hou!" tych wszyst- 
kich, którzy zatruwali mu życie. „A co 
będzie z baletami?" — zaniepokoił się 
nagle, a my z nim. Takie są piękne! I ten 
liryczny „o narodzinach wróżki", i ten 
drugi, groteskowy „O łobuzie Pawle i za- 
cnej Wirginji"... 

„Gdybyście słyszeli przypadkiem, mię- 
dzy waszymi znajomymi, o jakimś mu- 
zyku wrażliwym, usłużnym, proszę was, 
dajcie mi znać. Zaproponuję mu warunki 
entre la mort et l'existence... będzie mo- 
żna się porozumieć"... (Celinę mieszka w 
Paryżu na Montmartrze, rue Lepie, ale 
podobno nigdy nie otwiera listów od ob- 
cych ludzi). 

Nacjonal-dziennikarze rzucili się na 
książkę Celine'a i szarpią jej żywe 
ciało. „Oto co należy robić z Żydami, 
wedle opinji znakomitego pisarza fran- 
cuskiego" — pisze jeden. „Nawet wielki 
pisarz demokratyczny Celinę uważa, że 
zgniła literatura komuno-żydowska i t. d." 
— cieszy się drugi. 

Ostrzegam Panów, że Celinę jest czło- 
wiekiem wysoce niepewnym. Nie anga- 
żujcie się przed poznaniem całej książ- 
ki od A do Z. „Les conąućrants" de Mal- 
raux, voila du chef-d'oeuvre" — pi- 
sze Celinę o książce archanioła czerwo- 
nej Hiszpanji. Żyda Moranda nazywa 
wzorem tęgiego pisarza, zachwyca się 
Barbussem, gwiżdżąc na względy pobo- 
czne, gdy mu się coś naprawdę podoba. 
Używa wolności, jakiej żaden z was nie 
znał i nie zazna... 

We Francji upada czytelnictwo, nie 
mogąc wytrzymać konkurencji radja. 
Król pyskaczy, jak gdyby chciał podjąć 
walkę z głośnikami, daje nam wszystkie 
rozkosze francuskich audycyj: teatr wyo- 
braźni, wiece, godzinkę literatury, wra- 
żenia z podróży, skrzynkę do listów... 

Dzień jest upalny i chmurny. Nieu- 
stanny huk piorunów przerywa słucho- 
wisko. 

Jak we wszystkich swych książkach, 
tak i tu Celinę oddaje kompozycję w rę- 
ce matki-natury. Oglądamy ją w ramach, 
przykrojonych na miarę żywiołu. 

Marjusz Dawn. 



WIADOMOŚCI LITERACKIE 



JÓZEF ŁOBODOWSKI 



PISARZE POLSCY O KWESTJI Z 

Dyskusja na łamach „Wiadomości Liter 



YDOWSKIEJ*' 



ackich 



TRAGEDJ A ŻYDOWSKA 



Wśród najbardziej aktualnych i zao- 
gnionych spraw polskiej rzeczywistości 
kwestja żydowska należy z pewnością do 
ważnych, nie jest jednak najważniejsza. 
Jeśli więc dziś wysunęła się na pierwszy 
plan i nasunęła rozgorączkowanym umy- 
słem z największą siłą, przyczyny tego 
paradoksalnego — chciałoby się rzec — 
zjawiska należy szukać w niedojrzałości 
kulturalnej i politycznej szerokich mas 
społeczeństwa. 

Ula przeciętnego obywatela kwestja 
żydowska stała się papierkiem lakmuso- 
wym ideologicznego rozróżnienia. Obo- 
wiązuje dziś, żeby strawestować znane 
powiedzenie, taka formułka: powiedz mi 
co sądzisz o Żydach, a powiem ci kim 
jesteś. 

Niezależnie, jak się do tego ustosun- 
kujemy, trzeba stwierdzić, że kwestja 
żydowska wzdęła się do potwornych roz- 
miarów, a nienawistny antysemityzm stał 
się chlebem powszednim lwiej części na- 
rodu. Poczciwy mieszczuch wierzy świę- 
cie, że wszystko cokolwiek w Polsce za- 
sługuje na potępienie i krytykę, jest dzie- 
łem rąk żydowskich. Nastąpiło tu tak 
częste w Polsce przesunięcie perspekty- 
wy, poplątanie hierarchji wartości. Dal- 
toniści polityczni, a może tylko cyniczni 
gracze na upatrzonego fuksa, wmówili w 
tłum, że z chwilą usunięcia Żydów wszy- 
stko załatwi się samo przez się. Psycho- 
za działa. Na całem polskiem życiu leży 
olbrzymi tajemniczy cień żydowski, u- 
kryty motor zła, ponury demon niewe- 
sołej rzeczywistości. Vox populi wszędzie 
wietrzy żydowską podszewkę, zdając na 
piątkę egzamin z bezmyślnej i bezpłod- 
nej nienawiści, przez tyle lat zaszczepia- 
nej przez endecką demagogję. 

Jednakże ci, którzy sądzą i twierdzą, 
że antysemityzm jest wyłącznym produk- 
tem demagogicznej propagandy endec- 
kiej, upraszczają zagadnienie w sposób 
niedopuszczalny. W jeszcze gorsze upro- 
szczenie uwierzyli marxiści, usiłując 
przeprowadzić nonsensowne twierdzenie, 
że antysemityzm został stworzony przez 
współczesny kapitalizm dla odwrócenia 
uwagi walczącego proletarjatu od istot- 
nych przyczyn zła. Owszem, antysemi- 
tyzm wielokrotnie odgrywał i odgrywa 
nadal rolę zasłony dymnej w walce kla- 
sowej, ale w oczach integralnego żydofo- 
ba będzie to raczej nadużycie wyraźne- 
go zupełnie w swojej treści hasła dla ce- 
lów ubocznych. Samej bowiem genezy 
antysemityzmu niepodobna wytłumaczyć 
starciem kapitalizmu z proletariatem. W 
czasach, kiedy o ustroju kapitalistycz- 
nym nikomu jeszcze się nie śniło, anty- 
semityzm kiełkował i kwitł wcale buj- 
nie. Upraszczając symplicystycznie zaga- 
dnienie antysemityzmu, umiejscawiając 
go na dość wąskim i nieistotnym odcin- 
ku, lewica polska przyczyniła się tern sa- 
mem do obecnego stanu rzeczy i nie jest 
wolna od odpowiedzialności. 

Posiew antysemityzmu pada w Polsce 
naogół na grunt dość podatny. Rzadko 
jest to wyrozumowana wrogość, jeszcze 
rzadziej nienawiść — najczęściej mamy 
do czynienia z niepozbawioną zawiści po- 
gardą i niechęcią, wynikającą z obcości, 
odmienności obyczaju, mowy, stroju, psy- 
chiki. W drobnych, codziennych spra- 
wach różnice te występują najjaskrawiej, 
i one przedewszystkiem decydują o tern, 
że nawet programowi żydofile, przeciw- 
stawiający się antysemityzmowi ze wzglę- 
dów zasadniczych, ideowych i partyjnych 
w głębi serca niezbyt kochają się w Ży- 
dach. Z każdego prawie Polaka, jeśli go 
trochę poskrobać, wylizie niechęć do 
Żyda. 

Zyd jest przedewszystkiem kupcem, 
handlarzem, kupuje, sprzedaje, pożycza 
na procent, kręci się, żyje częstokroć 
niewiadomo z czego i za co. Polak trak- 
tuje handel dość pogardliwie. Dopiero 
handlowiec na większą skalę jest perso- 
ną, ale i ten w hierarchji wartości spo- 
łecznych ustępuje urzędnikowi, cóż do- 
piero oficerowi. Nie mamy własnej tra- 
dycji mieszczańskiej i niezbyt pracujemy 
nad jej stworzeniem. Syn kupca rzadko 
kiedy decyduje się prowadzić interes po 
ojcu, przeważnie pcha się na uniwersy- 
tet, aby po tylu a tylu latach z papier- 
kiem w garści zasiąść za urzędniczem 
biurkiem. To zurzędniczenie jest pierw- 
szym i nie najbłahszym powodem opa- 
nowania handlu przez Żydów, a w dal- 
szej konsekwencji źródłem tern intensy- 
wniejszej nienawiści. 

Inna rzecz, że podskórna niechęć do 
handlu miała czas i okazję uzbroić się 
w dość ważkie i napozór przynajmniej 
przekonywające argumenty. Wschód Eu- 
ropy, do którego bądźcobądż pod tylu 

*) por. „Antysemityzm" Aleksandra 
Świętochowskiego i „Być może to jest 
źródłem sporu?" Jerzego Hulewicza w 
nr. 702, „Apel do serca i do rozumu' 
K. W. Zawodzińskiego w nr. 705, „Poza 
dyskusją" Emila Zegadłowicza w nr. 706, 
„W największym skrócie" Ksawerego 
Pruszyńskiego w nr. 707, „Przyczyny an- 
tysemityzmu" Andrzeja Stawara w nr, 
7U8, „Na marginesie sprawy żydowskiej" 
Pawła Hulki-Laskowskiego w nr. 711, 
„Antysemityzm — daltonizmcm państwo 
wym" Mieczysława Wardzińskiego w nr. 
714, „Europejskie poczucie godności" Hen- 
ryka Dembińskiego w nr. 715, „Kwestji 
żydowskiej — niema" Antoniego Sobań- 
skiego w nr. 722, „Szukam antysemity- 
zmu" Wandy Wasilewskiej w nr. 726 
i „Przypomnienie starych i prostych 
prawd" Manfreda Kridla w nr. 731 „Wia- 
domości Literackich". 



względćuiu należymy, stosował w prak- 
tyce handlowej metody nie zawsze kry- 
ształowej uczciwości. Rosyjskie „nie ob- 
maniesz, nie prodasz" — dałoby się wy- 
pisać na herbie niejednego handlowego 
domu i przedsiębiorstwa. Trzeba tu 
stwierdzić, — acz z żalem, bo takie 
stwierdzenie to woda na młyn, demagogji 
piętnującej każdego Żyda jako złodzieja i 
oszusta, — że handel żydowski w Pol- 
sce specjalnie pięknemi tradycjami pod 
tym względem poszczycić się nie może. 

Niechęć narodu, od wieków osiadłe- 
go na roli, do przybyszów trudniących 
się zawodowo handlem i lichwą jest zja- 
wiskiem najzupełniej zrozumiałem. Nie 
dotyczy ona specjalnie i wyłącznie Ży- 
dów. Wiadomo, jak bardzo nielubiani są 
na mahometańskim Wschodzie Grecy le- 
wantyńscy, a zwłaszcza Ormianie. Na 
Kaukazie i w portach południowej U- 
krainy Ormianin jest synonimem nierze- 
telności kupieckiej, tchórzostwa, niechluj- 
stwa i otoczony ogólną pogardą autoch- 
tonów. Sądzę że gdybyśmy zamiast 
trzech miljonów Żydów mieli zbliżoną 
ilościowo mniejszość ormiańską, ormia- 
nofobja szalałaby nie gorzej od antyse- 
mityzmu. Tyle że z wielu względów — 
najgłówniejszy: Ormianie są chrześcija- 
nami — agitacja nie znalazłaby tylu de- 
magogicznych i szybko trafiających do 
roznamiętnionego tłumu argumentów. 

TRAGICZNA PRZESZŁOŚĆ NARODU 

Przeszłość narodu żydowskiego, wa- 
runki, w jakich żył i rozwijał się, prze- 
sądziły o takiej a nie innej postaci kwe- 
stji żydowskiej na dzień dzisiejszy. Są 
publicyści utrzymujący, że antysemityzm, 
to nie tyle sprawa co objaw sprawy, 
której objektem istotnym są właśnie sa- 
mi antysemici. Znowu uproszczenie, któ- 
rego nie wolno tolerować, choćby u źró- 
dła tego uproszczenia tkwiły najszlache- 
tniejsze tendencje. Warunki bytowania, 
narzucone narodowi żydowskiemu przez 
historję, zdeterminowały jego oblicze 
społeczne, kulturalne i polityczne, a to 
skolei doprowadziło — bo doprowadzić 
musiało — do antysemityzmu. 

Przed dziesięciu laty na bruku pary- 
skim zginął z ręki Żyda Szwarcbarda Sy- 
mon Petlura, wódz narodu ukraińskiego 
i symbol jego walk wyzwoleńczych. W 
następstwie sąd francuski uwolnił Szwarc- 
barda od kary, uznając widocznie moty- 
wy, któremi kierował się zabójca, za do- 
statecznie usprawiedliwiające zbrodnię. 
Czyn Szwarcbarda miał być według jego 
relacji odwetem za pogromy, dokony- 
wane na Żydach' przez petlurowców. 
Szwarcbard zresztą był podobno nasła- 
nym agentem bolszewickim, co zważyw- 
szy dziką nienawiść Sowietów do same- 
go imienia Petlury, jest bardziej niż pra- 
wdopodobne. Piszę o tern, ponieważ cho- 
dzi mi o zwrócenie uwagi na okolicznoś- 
ci pogromów na Ukrainie. Nie tylko pe- 
tlurowcy mają je na sumieniu. Każdy, kto 
w owych strasznych latach na krótko 
choćby dochodził do władzy, zaczynał 
krwawe rządy od Żydów. Denikin, Mach- 
no, poszczególni mniejsi atamanowie, a 
zdarzały się wypadki, że i luźne oddzia- 
ły bolszewickie urządzały pogromy nie- 
gorsze niż ongi Nalewajko, Krzywonos i 
Gonta. Za czasów Rzeczypospolitej każ- 
da kozacka rebelja zmiatała z Ukrainy 
Żydów. Żydów i... jezuitów. W układach 
dyplomatycznych sprawa żydowska nale- 
żała do najważniejszych. Niejednokrotnie 
Kozacy odstępowali od oblężenia pod 
warunkiem że ludność żydowska zostanie 
im wydana na rzeź. Aby wytłumaczyć 
ten krwawy antysemityzm, o którym ze 
zgrozą i przerażeniem pisze pobożny ży- 
dowski kronikarz z XVII w., wystarczy 
przyjrzeć się, jak wyglądały w owych 
czasach stosunki na wsi ukraińskiej, gdzie 
Żyd prawie z reguły był arendarzem, po- 
średniem ogniwem między panem a chło- 
pem. Dochodziło do tego, że taki aren- 
darz miał w swoich rękach klucze od cer- 
kwi i że na odprawienie mszy potrzebna 
była jego zgoda. Z biegiem czasu zatarła 
się pamięć tamtych wypadków i stosun- 
ków, nienawiść do Żyda pozostała. W tej 
nienawiści złączyło się wszystko co lud 
ukraiński wycierpiał w jarzmie pańszczy- 
zny i pod obuchem siłą narzucanej unji. 
Jezuita i Żyd, to były symbole. Antyse- 
mityzm ukraiński, to nie jakiś kompleks, 
którego zbadaniem powinni zająć się u- 
czeni, i nie żadne niedomaganie biologi- 
czno-fizjologiczne, ale zwykła konse- 
kwencja roli, jaką Żydzi odegrali kiedyś 
na terenie Ukrainy. Dziś nie jest pod 
tym względem lepiej — i fakt że w pla-. 
nowej akcji rozbijania ukraińskiego ży- 
cia kulturalnego w Kijowszczyźnie i na 
Zadnieprzu znaczny udział biorą publi- 
cyści i literaci Żydzi, pisujący po ukraiń- 
sku, otwiera na przyszłość niewesołe dla 
tamtejszego żydostwa perspektywy. 

Nie twierdzę, że antysemityzm wszę- 
dzie i zawsze potrafi wylegitymować się 
takiemi argumentami jak na Ukrainie, nie 
ulega wszakże wątpliwości że usiłowania 
likwidacji zagadnienia powoływaniem się 
na kompleks antysemicki są niedocenia- 
niem ważności sprawy. Kompleks ten 
zresztą istnieje ponad wszelką wątpli- 
wość; na wstępie swoich rozważań pi- 
sałem o potwornej „elephantiasis" anty- 
semityzmu; nie zmienia to przecież fak- 
tu, że korzenie zjawiska tkwią w spra- 
wach konkretnych. 

Wieki ucisku i niedoli wypaczyły cha- 
rakter narodu żydowskiego pod wieloma 
względami. Antysemici, podchwytujący z 
uciechą ujemne cechy żydowskie, powin- 
ni jednak pamiętać ie atakują naród, 



który od wielu pokoleń bytuje w wa- 
runkach anormalnych. Wiemy aż nad- 
to dobrze z własnego doświadczenia, jak 
łatwo ulega rozkładowi i demoralizacji 
emigrant rzucony w obce środowisko, o- 
derwany od swego kraju i normalnej pra- 
cy.' Takim właśnie tragicznym emigran- 
tem stał się naród żydowski. Jeśli pod 
względem moralnym Żydzi, jako całość 
oczywiście, stoją dziś niżej od niejedne- 
go europejskiego narodu, — trzeba to 
złożyć nakarb warunków historycznych, 
które kształtowały psychikę nieszczęsne- 
go tułacza. Całe wieki pogardy z jed- 
nej a bezsilnej nienawiści z drugiej stro- 
ny, całe wieki prześladowań i mąk, po- 
niżenia i zamknięcia w ghettach, ustawi- 
czna pogoń za pieniądzem, który był je- 
dyną szansą odegrania się — to ciężką 
do odpracowania tradycja i spadek pra- 
wdziwie tragiczny. Można tylko współ- 
czuć młodym, idącym pokoleniom żydow- 
skim w walce, którą będą musiały podjąć 
z całą swoją straszliwą przeszłością. 

STRUKTURA SPOŁECZNA 

Przekleństwem narodu żydowskiego 
jest jego struktura społeczna. Statysty- 
ka określa Żydów w Polsce na dziesięć 
procent. Te same dziesięć procent, wto- 
pione w społeczeństwo angielskie czy 
belgijskie, dałyby zupełnie inne efekty 
społeczne. Ale Polska jest krajem rolni- 
czym, krajem jak na w. XX niedorozwi- 
niętym gospodarczo. Toteż statystyka o- 
gólna niewiele nam mówi. Cała waga za- 
gadnienia wystąpi w odpowiednim świe- 
tle dopiero wtedy, gdy zdamy sobie spra- 
wę, że owe trzy miljony Żydów, to 80% 
ludności małomiasteczkowej i blisko po- 
łowa mieszkańców miast. Żydzi nie mają 
rolników, są narodem kadłubowym o anor- 
malnej strukturze społecznej. Zaryzy- 
kuję twierdzenie, że gdyby dziś można 
było znakomitą większość narodu żydow- 
skiego osiedlić na roli i przez to zrów- 
nać go pod względem społecznym z Po- 
lakami, antysemityzm natychmiast stra- 
ciłby swój epidemiczny charakter i po 
pewnym czasie zlikwidowałby się sam 
przez się. Mamy w Polsce straszliwe 
ghetto, rozpaczliwie walczące o prawo do 
bylejakiego życia, mamy ciemny tłum or- 
todoksów i liczne drobnomieszczaństwo, 
którego synowie chcą się uczyć i praco- 
wać, z dnia na dzień powiększając ka- 
dry żydowskiej inteligencji. Młode poko- 
lenie żydowskie tłucze się beznadziejnie 
między bramami wyższych uczelni, za 
któremi przyświeca miraż wolnego zawo- 
du, a sklepem i giełdą. I tu i tam miejsc 

0 wiele za mało. O posadzie państwowej 
mogą marzyć tylko nieliczne jednostki. 
Gdzież się podzieje reszta? Ta reszta wie, 
że tylko zniesienie wszelkich, jawnych i 
ukrytych, oficjalnych i ukrytych ograni- 
czeń, a zatem całkowite równouprawnie- 
nie może przynieść rozwiązania sytuacji. 
Stąd wynika radykalizm młodzieży ży- 
dowskiej. Instynkt społeczny popycha ją 
ku komunizmowi, bo jedynie w nim widzi 
szansę odegrania się. Wszystko inne: 
świeżej stosunkowo daty, gwałtowna, a 
przeto i powierzchowna emancypacja du- 
chowa, konieczność zajęcia obronnej po- 
zycji wobec nacisku skrajnie wstecznego 
konserwatyzmu ortodoksów, brak trady- 
cji kulturalnej środowiska, znajdującego 
się dziś pod wieloma względami w stanie 
płynnego wrzenia, in statu nascendi — 
to tylko dalsze predyspozycje. Główna 
przyczyna mieści się bez reszty w grani- 
cach społeczno-gospodarczych. Jeśli mło- 
dy Żyd, który nie może zostać ani ofice- 
rem, ani sędzią, ani starostą, dąży do o- 
bjęcia wolnego zawodu i napotyka na 
przeszkody, z natury rzeczy musi skła- 
niać się ku takiemu rozwiązaniu, które 
te przeszkody usunie. W tych warunkach 
komunizm staje się przysłowiową brzy- 
twą, kaleczącą ręce tonących. 

ALTERNATYWY 

Asymilacja trzymiljonowej rzeszy ży- 
dowskiej jest z wielu względów niemo- 
żliwa, w każdym razie w najprzychyl- 
niejszych nawet okolicznościach cech ma- 
sowego zjawiska nie nabierze. Pomijając 
już sprzeciw znakomitej większości naro- 
du polskiego, sami Żydzi na to nie pój- 
dą. Teoretycznie biorąc, jedynem ludz- 
kiem, uczciwem i słusznem załatwieniem 
sprawy byłoby całkowite równoupraw- 
nienie, tak też po stronie polskiej wyo- 
brażają sobie wyjście z sytuacji ugrupo- 
wania skrajnie lewicowe. Niestety, i w 
tym wypadku teorja jest tylko teorją. Peł- 
ne równouprawnienie tylko wtedy nie 
godziłoby w interesy narodu polskiego, 
gdyby jednocześnie dało się upodobnić 
strukturę społeczeństwa żydowskiego do 
normalnej struktury społecznej innych 
środowisk i tak osiągniętą równowagę u- 
trzymać na stałe. Rozumie to doskonale 
jeden z inteligentniejszych polskich le- 
wicowców, Henryk Dembiński, pisząc, że 
„trzebaby dać Żydom faktyczne równou- 
prawnienie nie tylko na uniwersytetach 

1 w zawodach inteligenckich, lecz i we 
wszystkich innych zawodach od pracy 
fabrycznej poprzez transport aż do pra- 
cy w rolnictwie włącznie". Ale Dembiński 
nie podaje, w jaki sposób skierować ma- 
sy żydowskie do pracy w rolnictwie, a 
przecież właśnie o to, jak już poprze- 
dnio pisałem, chodziłoby przedewszyst- 
kiem. Dembiński nie podaje tego ze wzglę- 
dów najzupełniej zrozumiałych: sposobu 
na to niema, a zatem słuszny w zasadzie 
postulat normalizacji struktury społecz- 
nej żydostwa pozostaje w praktyce na 
papierze. Wniosek stąd jasny: równo- 



uprawnienie pociągnęłoby za sobą nad- 
mierny rozrost inteligencji żydowskiej i 
zatamowałoby, a przynajmniej znacznie 
opóźniło proces społecznego awansu pol- 
skiej wsi. Gdybyż chodziło tylko o inte- 
ligencję żydowską! Pozostaje przecież je- 
szcze ghetto, i nie trzeba być antysemi- 
tą, żeby lękać się skutków natychmiasto- 
wego zniesienia wszelkich faktycznych 
ograniczeń i szlabanów, które nas od nie- 
go dzielą. Pamiętamy, co o tern pisał Że- 
romski w „Przedwiośniu", pisarz niepo- 
dejrzany chyba o niechęć do Żydów. 

Dziś Żydzi polscy dysponują znaczną 
większością kapitałów w handlu, zwłasz- 
cza hurtowym, w ich rękach znajduje się 
gros nieruchomości, zarówno mieszkanio- 
wych jak i użytkowych, do tego docho- 
dzi bardzo poważny udział w przemyśle. 
Równouprawnienie pociągnęłoby za sobą 
jeszcze większą przewagę i doprowadzi- 
ło do takiej samej decydującej przewagi 
w wolnych zawodach. Nie mam pod ręką 
ścisłych danych statystycznych, ale i bez 
nich wolno twierdzić, że wpływy ży- 
dowskie w dziedzinie życia kulturalne- 
go (prasa przedewszystkiem) są niepro- 
porcjonalnie wielkie do ilości Żydów w 
Polsce. Dembiński i na to zna sposób: 
„trzebaby tylko stworzyć takie warunki, 
które pozwolą młodym talentom chłop- 
skim i robotniczym iść gromadnie na 
wyższe uczelnie. Obok niczem niehamo- 
wanego nurtu, idącego z ulicy żydowskiej, 
musi popłynąć na uniwersytety wartki 
potok z chałup chłopskich i dzielnic ro- 
botniczych". To się nazywa samego sie- 
bie usypiać słodką kołysanką. Nie wiem, 
jakie to ustrojowe warunki ma na myśli 
Dembiński. Ale w każdym ustroju, nie 
wyłączając socjalistycznego, iluzoryczność 
takiego ujęcia nie ulega wątpliwości. Naj- 
szlachetniejsza nawet rywalizacja w tym 
wyścigu po wiedzę i awans społeczny 
zawsze i wszędzie musi się zakończyć 
zwycięstwem mieszkańców miast, w tym 
wypadku Żydów. W rzeczywistości rów- 
nouprawnienie podniosłoby procent Ży- 
dów w wolnych zawodach i życiu kultu- 
ralnem do wysokości, odpowiadającej ich 
etnograficznemu procentowi w miastach 
i miasteczkach. A przytem trzeba jeszcze 
uwzględnić korektę na korzyść Żydów, 
wynikłą z ich większego pędu do nauki, 
wytrwałości i zaciekłości w walce o zdo- 
bycie wyższego szczebla życiowego. 

Skoro więc asymilacja pozostaje w 
sferze projektów, jedyne zaś w zasadzie 
ludzkie i humanitarne rozwiązanie jest 
niemożliwe do realizacji, szukamy innych 
wyjść. A zatem masowa emigracja. 

Ten medal ma, jak zawsze, dwie stro- 
ny. Jedna — to pobożne życzenie Pola- 
ków, druga — to żydowskie tęsknoty do 
własnego państwa. Ksawery Pruszyński 
napisał, że sprawa żydowska w Polsce 
jest kwestją przedewszystkiem moralną, 
a dopiero potem gospodarczą, politycz- 
ną i społeczną. Myślę, że to niepozba- 
wione słuszności zdanie dotyczy przede- 
wszystkiem zagadnienia emigracji. Jeśli 
tragedja żydowska jest skutkiem rozsia- 
nia w diasporze, zdobycie własnej sie- 
dziby narodowej powinno usunąć przy- 
czyny zła. Na tej drodze najwłaściwiej 
chyba i najprędzej wielki naród żydow- 
ski odrobiłby swoje wiekowe zaległości, 
wyleczył tysiącletnie schorzenia, zrzucił 
z ramion garb niewesołej puścizny tylu 
pokoleń. 

MARZENIA A RZECZYWISTOŚĆ 

Zatem; precz z nierealnem hasłem a- 
symilacji, precz z równouprawnieniem, 
na które nie zgodzą się nie tylko ci, któ- 
rzy zdążyli ulec już masowej psychozie 
antysemityzmu. Oto wyjście z sytuacji: 
masowa emigracja do Palestyny, własne 
państwo z siedzibą w Jerozolimie, odro- 
dzona hebrejszczyzna, jeden z najstar- 
szych i najpiękniejszych języków świata, 
rozbrzmiewa od Syrji do Egiptu, p. Ża- 
botyński z buławą w dłoni przyjmuje de- 
filadę dzielnych potomków Judy Macha- 
beusza, opustoszałe po Żydach sklepy na 
Nalewkach obejmuje kupiectwo poznań- 
skie; tam radość i tu szczęście. 

Rzeczywistość jednak powiada co in- 
nego. Powiada mianowicie, że nawet w 
wypadku idealnego dla Żydów rozwiąza- 
nia sprawy arabskiej, a więc zdobycia te- 
renów transjordańskich, tylko przyrost 
naturalny Żydów polskich i to zaledwie 
na przestrzeni kilkunastu lat będzie mial 
jakie takie możliwości wyemigrowania 
do Palestyny. Chcąc wszystkich Żydów 
wyprawić do ziemi obiecanej, trzebaby 
zmusić Arabów do natychmiastowego 
exodusu z zajmowanych ziem, — a to już 
problem w skali niemal światowej, — da- 
lej przeprowadzić jakąś gigantyczną irry- 
gację przylegających do Transjordanji 
pustynnych obszarów, czyli krótko mó- 
wiąc, rozporządzać prerogatywami egip- 
skich faraonów i funduszami kilkudzie- 
sięciu Morganów. Niema się co łudzić, do 
Palestyny Żydzi nie pójdą, bo się tam nie 
zmieszczą, trudno proponować komukol- 
wiek i namawiać go do tego poszturchi- 
waniem, żeby wlazł do kieszeni własnej 
marynarki. Kto poważnie myśli o emi- 
gracji żydowskiej, powinien wskazać te- 
reny nadające się do osiedlenia; jeśli nie 
wskaże, udowodni, że ponosi go jedynie 
frazes, typowy liczman w politycznych 
rozgrywkach. 

Forsuje się obecnie opinję, że wystar- 
czy przydusić dobrze Żydów, a wtedy wy- 
niosą się sami. Przed rokiem przemawia- 
łem na wiecu w Sitańcu, dość ludnej wsi 
pod Zamościem. Po przemówieniu mojem 
i innych dyskusja, a w dyskusji odrazu na 



pierwszym planie znalazła się kwestja 
żydowska. Bo i to trzeba dodać, że wśród 
obecnych na wiecu robotników z miej- 
scowej fabryczki znalazło się sporo roza- 
gitowanych antysemicko i narodowo 
obecnie założono w Sitańcu oddział 
Stronnictwa Narodowego. Zaczęło się nor- 
malne psioczenie na Żydów. Nie zaprze- 
czam, tylko zadaję pytanie: co ma zrobić 
człowiek, którego wypędzają z chałupy, 
zamknąwszy uprzednio wszystkie okna i 
drzwi? Zakłopotanie zagadniętych trwało 
jedną chwilę. „Którędy przyszli, tędy 
niech wychodzą". Sala w śmiech. Robot- 
nika, który w tak niefrasobliwy sposób 
rozciął gordyjski węzeł zagadnienia, mo- 
żnaby z pełną słusznością mianować re- 
prezentantem całego polskiego antysemi- 
tyzmu. Jakąż bowiem mądrzejszą odpo- 
wiedź znajdą ci, którzy wołają o emigra- 
cję, nie podając sposobów jej realizowa- 
nia i prąc wszelkiemi siłami do awan- 
tur i tumultu, kręcą się dokoła samych 
siebie? Dla antysemity usunięcie Żydów 
z Polski — to sprawa zasadnicza, niemal 
życia i śmierci, sprawa dla której warto 
narazić się na największy wstrząs i bo- 
daj rewolucję. Z ludźmi, ogarniętymi go- 
rączką psychozy, trudno dyskutować. 
Więc tylko ten jeden argument, który 
powinien jednak przemówić: wstrząs? — ■ 
rewolucja? — dobrze! — ale czy to ce- 
lowe!? — bo ustawiczna rewolucja prze- 
staje być rewolucją, staje się ustabilizo- 
waną anarchją i walką wszystkich ze 
wszystkimi. Emigracja masowa możliwa 
jest przy zastosowaniu dwóch zasadni- 
czych warunków. Po pierwsze, trzeba, 
żeby Żydzi mieli dokąd emigrować, po 
drugie, żeby mieli za co i z czem emi- 
grować; w elementarzu znajdziemy napi- 
sane, że zdolność do emigracji jest wprost 
proporcjonalna do stanu posiadania grup 
emigrujących. A zatem pogromy i ekster- 
minację doprowadzą jedynie do tego, że 
w wypadku znalezienia terenów emigra- 
cyjnych Żydzi nie ruszą się z miejsca, bo 
ich zdolność emigracyjna zostanie przez 
ten czas sprowadzona do zera. 

POLSKIE PARADOKSY 

Antysemityzm, który jako hasło nega- 
tywne, nie jest żadną ideą, stał się w Pol- 
sce dzisiejszej jedyną ideą naprawdę 
zrozumiałą i chwytliwą. Świadczy to, źe 
sprawa dojrzała do ostatecznego rozwią- 
zania — ■ powie fanatyk. Świadczy to, 
jak i wiele rodzimych paradoksów, o 
naszem prostactwie — żeby nie rzec: 
barbarzyństwie — odpowiemy po namy- 
śle. Człowiek prymitywny i niewykształ- 
cony lubi prymitywne formułki, zastępu- 
jące potrzebę samodzielnego myślenia. 
Zaagitowany przez antysemityzm oby- 
watel nie widzi rzeczywistości gospo- 
darczej, nie dostrzega kapitalnych zagad- 
nień politycznych i społecznych, ponie- 
waż wszystko mu przesłaniają czarne 
kapoty starozakonnych. Prostak żąda na- 
tychmiastowej i masowej emigracji, nie 
zgadza się na ewolucję, bo nie rozumie, 
że gwałtowny exodus Żydów z Polski 
równałby się sparaliżowaniu całej gospo- 
darki kraju. Szeroko rozbrzmiewa woła- 
nie o polskie stragany, tak jakby spycha- 
nie z targowisk największej żydowskiej 
nędzy i zastępowanie jej przez takąż 
polską nędzę prowadziło do celu. Gdzie 
są kapitały, które zastrzykniemy w żyły 
gospodarcze kraju po natychmiastowem 
wyrzuceniu Żydów? Z zewnątrz pożycz- 
ki po tak bezceremonjalnem potraktowa- 
niu trzech miljonów własnych obywateli 
chyba nie dostaniemy. Na odkrycie ko- 
palni złota też liczyć nie należy. Proszę 
zwrócić uwagę, do czego doprowadza że- 
rowanie na antysemityzmie w dziedzinie 
gospodarczej. Nikt nie zabroni polskiemu 
kupcowi konkurować z Żydem taniością 
przedmiotu sprzedaży, jego gatunkiem i 
wyborem. Niestety, w praktyce wygląda 
ta sprawa zupełnie inaczej. W wielu wy- 
padkach kupiec Polak ma towar droższy, 
wybór skromniejszy, obsługę obojętną i 
opryskliwą, ale na drzwiach wisi tablicz- 
ka: „Firma chrześcijańska" — i właści- 
ciel jest przeświadczony, że ten argument 
powinien klientowi wystarczyć. Oto in- 
flacja frazesu antysemickiego i patrioty- 
cznego w najgorszem wydaniu. Niełatwo 
rozgraniczyć, gdzie lament o polskość 
handlu i przemysłu wypływa z troski o- 
bywatelskiej o przyszłość narodu, a gdzie 
maskuje własną nieudolność, niedbalstwo 
i lenistwo. Wiele placówek od lat znaj- 
duje się w rękach żydowskich, i konku- 
rencja jest sprawą mocno skomplikowa- 
ną i trudną. A przecież Gdynia! — gdzie 
przed dziesięciu, pięciu, trzema laty była 
polska inicjatywa prywatna, kalkulacja 
kupiecka i pionierska odwaga? Czyżby 
zabrakło Polaków kapitalistów, że cały 
niemal hurt, wszystkie frachty dostały się 
do rąk żydowskich? Polski osławiony in- 
dywidualizm wyczerpuje się najczęściej 
na sprawkach niegodnych wyliczenia — 
tu, gdzie miałby do zdziałania coś isto- 
tnie ważnego i obowiązującego, jest dzi- 
wnie niezauważalny. Trudno, niema co 
ukrywać _ wypadki historyczne przero- 
sły o wiele możliwości pokolenia, które 
oglądało odzyskanie niepodległości. Nie- 
ma w społeczeństwie dynamiki, ekspan- 
sji, młodzieńczej energji, niema zdobyw- 
ców, poszukiwaczy, pionierów, ryzykan- 
tów — przeciętny Polak z r. 1937 jest 
urzędnikiem X kategorji, na łokciach ma 
narękawki, w sercu strach przed władzą 
i marzenie o trzynastej pensji. 

Rzeczywistość jest twarda i bezlito- 
sna. Mowi ona, że państwo polskie na- 
leży w Europie do najuboższych, że u*i- 



na się pod ciężarem wręcz fatalnej stM 
tury społecznej, że jest pod każdym ni 
mai względem dystansowane przez są/ 
dów. Przemysł nierozwinięty, w handl 
tłok, elektryfikacja minimalna, motory/ 
cja na papierze, zamiast szos bajora, rzj! 
ki zamulone, rzadka sieć kolejowa i' le- 
skie dyliżanse na drogach; brak szkór 
w konsekwencji analfabetyzm, ogłupi 1 
ca czytelników prasa, pseudoreligjj no ^ 
od kruchty, nie mająca nic Wspólnego ' 
praktyczną realizacją zasad chrystjan* 
zmu, wreszcie nacjonalizm, przeważaj 
odgrywający rolę akumulatora egoizmó! 
rasowych i narodowych. 

To są nasze polskie szklane domv 
W tych warunkach sprawa żydowski 
rozdmuchana do absurdu, wszystko roj. 
grzeszą i usprawiedliwia. Nie mamy Ki- 
siły i jej samopoczucia, a bez tego decy. 
zje ludzkie nie mogą być ani stałe, ani 
mądre. Jesteśmy tylko ilością, nie jako. , 
ścią. Rządzą nami nieraz sprzeczne, za- »" 
wsze nieskoordynowane emocje, a cno- \ 
cje nawet najszlachetniejszego typu poj. 
dają się zbyt często elementom bezwła- 
du. Antysemityzm w dzisiejszej formie 
to linja najmniejszego oporu i wartość 
nawskroś mechaniczna. Wartości tegoro- 
dzaju z rozsypującej się bryły piachu o- 
sobowości narodowej nie wytworzą. Po- 
wodzenie antysemityzmu, podniesienie go 
do rangi naczelnej w narodzie idei - 
jakże było możliwe? Powiada mądry 
Chesterton, że niema gorszych fanatyków 
od ludzi bezideowych. „Nagle otrzyma- 
na idea uderza im do głów jak wino do 
głowy abstynenta"... Oto wytłumaczenie. 
Tylko na jałowem tle bezideowości, bra- 
ku przemyślanej i afirmowanej idei uni- 
wersalnej mogła powstać i rozwinąć się 
oszołamiająca karjera antysemityzmu. 

O WZAJEMNE ZROZUMIENIE 

Kwestja żydowska wymaga wiele do- 
brej woli z obydwu stron. Polacy powin- 
ni wziąć pod uwagę tragiczne losy Ży- 
dów w diasporze, które jeśli nie wszyst- 
ko usprawiedliwiają, to w każdym razie 
wiele tłumaczą, — i zechcą nie zapomi- 
nać, że sami w dość dużej mierze przy- 
czynili się do powstania obecnego obli- 
cza żydostwa. Krótko mówiąc — mamy 
takiego Żyda, jakiegośmy sobie sami wy- 
chowali. Z drugiej strony Żydzi muszą li- 
znąć szereg argumentów i postulatów 
polskich. Wrogość padła dziś między na- 
rody, ale nie jest to sytuacja bez wyjścia. 
Jak pisał Hercen do Micheleta: „Prze- 
baczenie wrogom, to przepiękny i boha- 
terski czyn; ale istnieje bohaterstwo je- 
szcze piękniejsze, jeszcze bardziej ludz- 
kie; jest to — zrozumienie wrogów, po- 
nieważ zrozumienie, to jednocześnie prze- 
baczenie, usprawiedliwienie, pojednanie". 

Ale błąd popełni, kto z takim apelem 
zwróci się wyłącznie do Polaków i zażą- 
da utrzymania status quo. Ci Żydzi, któ- 
rzy domagając się likwidacji antysemity- 
zmu jednocześnie nie myślą o zreformo- 
waniu własnego środowiska, nie mogą się 
spodziewać niczego dobrego. Inteligencja 
żydowska nie wykazuje żadnej inicjaty- 
wy w kierunku likwidacji ghetta, zdra- 
dzając dziwną obojętność wobec zaple- 
cza, z którego sama wyszła. Litwactwo, 
to drugi ciężki zarzut. Żydzi już raz się 
sparzyli na s wojem germanofilstwie, przy- 
wiązanie do Rosji może się na nich zem- 
ścić jeszcze boleśniej. Nie należę do 
tych, których razi sam dźwięk mowy ro- 
syjskiej, przeciwnie, przy sposobności 
chętnie używam pięknego języka Puszki- 
na i Błoka, a jednak demonstracyjna ro- 
syjszczyzna Żydów wileńskich czy wo- 
łyńskich ma w sobie zdecydowaną i pro- 
wokacyjną w stosunku do Polski inten- 
cję. Niepodobna też nie wspomnieć o 
dość częstych, Polskę upokarzających a 
własnej sprawie najbardziej szkodzących, 
wystąpieniach Żydów na forum miedzy- 
narodowem i o niesłychanie drażniących 
a bardzo niefortunnych posunięciach tak- 
tycznych, począwszy od wyboru Ja- 
giełły do dumy rosyjskiej, na protestach 
przeciw uchwale o uboju rytualnym 
skończywszy. Nie mam zamiaru odczyty- 
wać długiej listy wszystkich żydowskich 
grzechów, ograniczę się jedynie do stwier- 
dzenia, że brutalnemu antysemityzmowi 
eksterministów i pogromowców wytrąco- 
ny będzie miecz z ręki i wyłamane zęby 
nie wcześniej, aż gorzkie zdanie MarW 
o Żydach-szachrajach, których podsta#ł 
społeczną jest zysk a Bogiem pienią^ 
nie stanie się przykrem wspomnieniem- 

Skoro zrozumienie tych wszystkich 
prawd — co nie jest ani łatwe ani przy 
jemne — dotrze do szerokich mas żydow- 
skich, skoro Żydzi pogodzą się z koniecz- 
nością pójścia na rękę tym postulato") 
polskim, którym patronuje rozsądek _> 
które możliwe są do przyjęcia, przyjdz ic 
czas na wzajemną współpracę nad zi> a ' 
lezieniem dróg odpływu nadmiaru ludno- 
ści żydowskiej. Stopniowa emigracja, któ- 
ra zapewne w skromnych rozmiarach be; 
dzie prędzej czy później możliwa, zmniej- 
szy z biegiem lat procent Żydów, co * 
ostatecznym rezultacie pozwoli na z° ie ' 
sienie wszelkich faktycznych i formalny^ 
ograniczeń. Trudno wreszcie przewidf 
wać, jak się warunki pod tym wzgle>°| 
ułożą, to pewne że rozwiązywanie k we ' 
stji żydowskiej na drodze gwałtownej 0 
antysemityzmu i wstrząsów jest meto<» 
samobójczą. Tylko stopniowa ewolucj 3 
może przynieść, jeśli nie całkowitą lik* 1 ' 
dację zagadnienia, to przynajmniej po zba ' 
wienie go najjadowitszych kolców i za ' 
drażnień. A innej drogi nie widać. 

Józef Łobodowsk' 1 



WIADOMOŚCI LITERACKIE 



3 



jviARJA d. 



99 



DERMANKJ" W PUBLICYSTYCE 



V^ nr. 744 „Wiadomości Literackich" 
ukazał się list z Wołynia pod wymow- 
nym tytułem „Był to niegdyś kraj boga- 
ty...". Sens artykułu jest mniejwięcej ta- 
ki; Wołyń był niegdyś krainą kwitnącą 
[ kulturalną, zbliżoną poziomem swego 
życia do Europy zachodniej, a dziś nie 
tylko stał się obszarem „nędzy, żałoby 
i upadku", lecz coraz się bardziej w „gę- 
stniejący dokoła mrok" pogrąża. 

Nie mam nic przeciw krytyce naszej 
rzeczywistości, choćby to nawet miała 
być krytyka miażdżąca. Ale niech to bę- 
dzie krytyka, oparta na dokładnej i skon- 
trolowanej znajomości przedmiotu, na 
rzetelnym i skrupulatnym toku myślenia, 
na „odwadze i akuratności", jak żąda 
Norwid, a nie na „zuchwalstwie i hojno- 
ści" w szafowaniu... czczem słowem tyl- 
ko, niestety. 

Po tym wstępie przypatrzmy się fak- 
tom, któremi autor (p. Ksawery Pruszyń- 
ski) usiłuje swą tezę o upadku Wołynia 
ilustrować, sposobowi, w jaki on tych 
faktów zażywa i wreszcie — bodaj po- 
bieżnie — prawdziwości onejże tezy. 



Najpierw tedy nieszczęsny Kiisielin. 
Pan Pruszyński rozpacza, że w miastecz- 
ku tern był niegdyś uniwersytet i dru- 
karnia, a teraz to jest „nędzna i bezna- 
dziejna" osada. Ale autor nie powiada 
ni słowa o tern, kiedy to i w jaki sposób 
Kisielin utracił swe kulturalne znaczę 
nie. Uprzytomnijmy to więc, jeśli nie je- 
mu, to czytelnikom, którzy snadnie mo- 
ją pomyśleć, że to dzisiejsze państwo 
polskie czy też obecny system rządzenia 
zniszczyły uniwersytet i kulturę Kisieli- 
na. A rzecz jest następująca. 

Kisielin po zniszczeniu przez t. zw. 
„reakcję katolicką" (albo jeśli kto woli 
— renesans katolicyzmu) Rakowa stał się 
jednym z głównych ośrodków arjanizmu 
w dawnej Rzeczpospolitej. Stał się nim 
nie dlatego, żeby był jakimś szumnym 
grodem, tylko dlatego, że jego i okolicz- 
ni właściciele byli wybitnymi arjanami 
i podobało im się tu właśnie dać schro- 
nienie instytucjom, wypędzonym skądi- 
nąd. Uniwersytet, którego zniknięcie tak 
boli p. Pruszyńskiego, był tedy wyższą 
szkołą arjańską, nadewszystko zresztą 
teologiczną, kształcącą ministrów dla 
zborów arjańskich. Całe to arjańskie ży- 
cie kulturalne Kisielina było solą w oku 
wszystkim ówczesnym katolikom typu 
J konserwatywnego, nie mówiąc o łem, że 
raiafo przeciw sobie takiego potentata i 
taką potężną a fanatyczną indywidual- 
ność jak Piotr Skarga. 0 mieszczanach 
kisielińskich. przeszłych za przykładem 
panów na arjanizm, rozpuszczano jak 
najbardziej uwłaczające pogłoski, poma- 
wiając ich o naibardziej ciemne prak- 
tyki, zbrodnie i nikczemności, ściśle we- 
dług tych samych recept, jakie stosowa- 
ne są i dziś wobec każdego niezależnie 
i samodzielnie myślącego człowieka. O- 
gnislko kultury kisieJińskiei zostało też, 
podobnie jak i dwadzieścia kilka innych 
arjańskich ognisk na Wołyniu, zniszczo- 
ne w r. 1640 wyrokiem trybunału lubel- 
skiego, który nakazał wszystkie niecne 
i heretyckie instytucje Kisielina zamk- 
nąć, księgi spalić, a co wybitniejszych 
arjan tamteiszych z owym Czaplicem na 
czele skazał na wysokie kary pieniężne, 
infamię i banicję. Nie osądzam tych daw- 
nych faktów. Przypominam tylko jak wy- 
gląda ich prawda dziejowa, ta której czy- 
telnik przyszłej książki p. Pruszyńskiego 
o Wołyniu — zapewne „nie dojdzie ni- 
gdy". I mnie nic nie przeszkadza, że p. 
Pruszyński oddaje tak żarliwy hołd owej 
arjańskiej przeszłości, ale on sam zdaje 
się zapominać, że Kisielin i jego uniwer- 
sytet zniszczone zostały wolą i prawo- 
mocnym wyrokiem rządzących wówczas 
katolików-konserwatystów. Czy więc 
czasem nie rękami duchowych pradzia- 
dów jego własnej ideologii? 



Powiada dalej p. Pruszyński, że w 
w. XVI i XVII „łacińskość, Zachód i pol- 
skość wlewały się na Wołyń najszer- 
szem korytem". Jako przykład przyta- 
cza działalność Kurbskiego i Ostrogskie- 
go, drukarnię w Ostrogu i t. p. 

Nie ujmuję nic księciu Wasylowi 
Konstantemu Ostrogskiemu, który był 
wspaniałą postacią i położył na Wołyniu 
ogromne cywilizacyjne zasługi. Wiedzieć 
jednak potrzeba, że ów „z Bożej łaski 
na Wołyniu książę" był wprawdzie lo- 
jalnym obywatelem Rzeczypospolitej, a 
za żonę miał katoliczkę, córkę hetmana 
Tarnowskiego, ale sam pozostał do koń- 
ca życia kniaziem ruskim i prawosław- 
nym. I nie łacińskość ani polskość sze- 
rzył, ale przeciwnie, był mimo różnych 
dyplomatycznych komeraży aż do końca 
szermierzem kultury ruskiej i religji pra- 
wosławnej, stanowczym wrogiem unii i 
łacińskości. Drukarnię w Ostrogu zało- 
żył, szkoły fundował, Biblję oraz inne 
cenne druki ruskie lub cerkiewno-sło- 
wiańskie wydawał, nie dlatego, by Eu- 
ropę i łacińskość na Wołyń wprowadzać, 
lecz aby dźwignąć pogrążone w ciemno- 
cie duchowieństwo prawosławne i ułat- 
wić mu walkę z unją i łacińskim duchem 
kościoła katolickiego. I jeśli arjańskie o- 
środki kultury przetrwały na Wołyniu 
dłużej niż w województwach środkowych, 
to może właśnie dlatego, że znajdowały 
oparcie nie w łacińskiej polskości, któ- 
ra z niemi walczyła, mimo że i one były 
iej przejawem, lecz w prawosławnej ru- 
szczyźnie, szukającej wśród wyznań re- 



formowanych sojusznika przeciw katoli- 
cyzmowi i unji religijnej. 

Warto mimochodem zaznaczyć, że w 
w. XVI cała prawie szlachta i możno- 
władztwo wołyńskie były to wszystko 
rody ruskie i ruski język oraz prawo- 
sławną wiarę gorliwie pielęgnujące. Nie 
przeszkadzało to wcale, że wszystko to 
byli przeważnie dobrzy poddani króla 
polskiego, gdyż sprawy narodowości nie 
grały w owych czasach takiej roli jak 
dziś. Ważna była raczej kwestja przywi- 
lejów stanowych, których zachowanie i 
przestrzeganie wystarczało też do osią- 
gnięcia lojalności i „asymilacji państwo- 
wej . Przeciwieństwa narodowościowe 
byłyby jednak zapewne wybuchły dużo 
wcześniej niż się to stało, gdyby nie ro- 
zumna polityka Zygmunta Augusta. Pol- 
szczenie się rodów ruskich, najpierw kul- 
turalne, a potem i językowe, zaczęło się 
głównie dzięki zaufaniu, jakie ten wiel- 
ki król miał do siły polskiej cywilizacji, 
którą chciał widzieć nie narzucającą się, 
ale wywierającą swój wpływ niejako mi- 
mowoli przez samą swoją wartość. Nie 
od rzeczy będzie przytoczyć pewien mo- 
ment charakterystyczny dla tego proce- 
su, a niezmiernie pouczający i dla dnia 
dzisiejszego. W r. 1569 odbył się w Łuc- 
ku zjazd ziemian wołyńskich, którzy wy- 
słali do króla pismo, „uskarżające się 
na kancelarję koronną iż do nich na Wo- 
łyń listy rzeczą polską wbrew przywile- 
jom przesyła". Król w odpowiedzi wy- 
jaśnił, że „kancelarja szafuje listy i od- 
prawami wedle potrzeby a żądania każ- 
dego, kto chce po rusku, tedy po rusku, 
a kto po polsku, tedy też polskie". To 
stanowisko króla „miało doniosłe znaczę 
nie dla szerzenia się polszczyzny na Wo 
łyniu". I tutaj na miejscu byłoby zapy- 
tać stylem p. Pruszyńskiego: „czy mo- 
żesz sobie wyobrazić, Droga moja, tego 
rodzaju korespondencję między central- 
nemi władzami polskiemi a ludnością Wo 
łynia dziś?". Możliwe, że p. Pruszyń 
ski postawi tego rodzaju pytania w swych 
dalszych reportażach. Narazie jednak 
mam powody przypuszczać, że widziałby 
on raczej w takiem zygmuntowskiem 
stawianiu sprawy uszczuplanie polskiego 
stanu posiadania i hamowanie „wlewu 
łacińskiej polskości" na Wołyń. Jeśli p. 
Pruszyński szczerze pragnie wskrzesza- 
nia i pielęgnowania tych fcradycyj Wo- 
łynia, na które się powołuje, to mogę 
mu tylko przyklasnąć. Bo ja wierzę, że 
jeśli kultura łacińska i polska jest coś 
warta, — a jest, i bardzo wiele, — to jej 
ekspansji to nie zaszkodzi, przeciwnie — 
bardzo pomoże. Mam jednak poważne 
wątpliwości, czy p. Pruszyński należał- 
by do zadowolonych, gdyby społeczeń- 
stwo i władze wołyńskie zaczęły na 
wielką skalę wskrzeszać i pielęgnować 
owe tradycje, które łatwo opiewać dziś, 
gdy arjanie, Kisiele, Kurbscy i Ostrogscy 
dawno już w proch się rozsypali. Uży- 
wając jakichś argumentów, musimy rze- 
telnie przemyśleć ich praktyczne konse- 
kwencje i czy one są rzeczywiście na- 
szemi argumentami. 



Mówiąc o zrujnowanym zamku w Wi- 
śniowcu, p. Pruszyński insynuuje jakoby 
to Liceum Krzemienieckie było sprawcą 
tego zniszczenia, lub jakoby przynaj- 
mniej odegrało rolę w ostatecznej dewa- 
stacji tego zabytku. Musimy więc zno- 
wu przypomnieć historję tej ruiny. 

Wiśniowiec odziedziczyli po Wiśnio- 
wieckich Mniszchowie. W r. 1846 umarł 
Karol Mniszech, a synowie jego Leon 
i Andrzej przewieźli co najpiękniejsze 
zbiory tego zamku do swej rezydencji w 
Paryżu, gdzie uległy one częściowo po- 
żarowi (biblioteka], a częściowo rozprze 
dąży. Sam zaś zamek sprzedali w r. 1852 
gruzińskiej księżnej Abamelek. Zamek 
niezamieszkany przez właścicieli podle- 
gał ustawicznej pokątnej grabieży wcale 
jeszcze bogatych zbiorów, których część 
„przypadkiem ocaliło Muzeum Ossoliń- 
skich". Ponieważ ta rabunkowa gospo- 
darka oburzyła polską opinję, gorący pa 
trjota hr. Włodzimierz Broel-Plater na- 
był zamek i wzbogaciwszy go własnemi 
zbiorami z Worobina, starał się go przy- 
prowadzić do porządku. Znalazłszy się 
jednak w kłopotach materjalnych, nie 
był w stanie nabytku tego utrzymać i o- 
calić od licytacji. Zdołał tylko jeszcze 
część zbiorów wywieźć do Worobina. Z 
licytacji kupił Wiśniowiec bankier ki- 
jowski Toll (w r. 1857), który wszystkie 
cenniejsze rzeczy wywiózł i podarował 
muzeum w Kijowie, a resztę sprzedawał 
publicznie zjeżdżającym się ze wszech 
stron spekulantom, handlarzom i anty- 
kwarjuszom. Ten targ świetnemi resztka- 
kami polskiej tradycji opisany jest w 
gawędach „Starego Detiuka". Następnie 
zamek, coraz gruntowniej dewastowany, 
przechodził z rąk do rąk, a ostatecznie 
przed samą wojną został nabyty przez 
hr. Grocholskiego. W latach 1914 — 1917 
padł ofiarą zawieruchy wojennej i rewo- 
lucyjnej, a Polska dostała już tylko je- 
go najzupełniejszą, ogołoconą ze wszyst- 
kiego ruinę, której holenderskiemi ka- 
felkami baby wiejskie nakrywały dzież- 
ki z mlekiem. Liceum Krzemienieckie ku- 
piło tę ruinę bodaj że rok czy dwa te- 
mu i wyporządziło ją o tyle, że stała się 
zdatna na pomieszczenie dla szkoły za- 
wodowej oraz sali kulturalnych rozry- 
wek dla miejscowej ludności. Wskrzesić 
dawną świetność tego zamku i przywró- 
cić mu jego zbiory, tego nie tylko Li- 
ceum, ale żadna ludzka siła nie byłaby 
może w stanie uczynić. Odpowiedzialno- 
ści za zniknięcie tej świetności nie po- 
nosi jednak również ani Liceum Krzemie- 
nieckie, ani państwo polskie, ani jego ta- 
ka czy inna administracja. 



Ruinami zajmuje się autor listu z Wo- 
łynia wogóle dość intensywnie, a m. in. 
gorzko też Polsce wyrzuca rzekome nieu- 
szanowanie dla ruin zamku Lubarta w 
Łucku. Książę Dymitr Lubart, syn Ge- 
dymina, ochrzczony na prawosławie dla 
ożenku z księżniczką włodzimierską, 
prowadził, jak zapewne p. Pruszyńskie- 
mu wiadomo, przez cały czas swego pa- 
nowania wojny z Kazimierzem Wielkim, 
będąc zaciekłym wrogiem złączenia Wo- 
łynia z Polską. W tych wojnach zapewne 
obie strony zniszczyły niejedną cenną 
budowlę, a i zamek przez Lubarta wznie- 
siony mógł już wtedy ulec niejednemu 
szwankowi. Napewno zaś był bombardo- 
wany, „pierwszy raz wtedy na Wołyniu 
rozlegającemi się", armatami w czasie 
oblężenia w nim Świdrygiełly przez Wła- 
dysława Jagiełłę w r. 1431. Do reszty 
zniszczyły go późniejsze wojny tatarskie, 
tureckie, kozackie. Pan Pruszyński zda- 
je się zapominać, że dawni książęta, pa- 
nowie i rycerze nie dbali bynajmniej o 
zachowanie w całości pięknych grodów 
i zamków. I jeśli budowali je tak moc- 
no, jakby na wieki, to właśnie dlatego, 
że w razie wojen i zatargów niszczyli 
i grabili je sobie wzajemnie bez żadnej 
uwagi na ich wartość architektoniczną, 
czy inną. Pominąwszy bezprzykładne ni- 
szczycielstwo rewolucji rosyjskiej, moż- 
na chyba bez obawy pomyłki powiedzieć, 
że znacznie mniej wielkich zabytków u- 
nicestwionych zostało przez ekscesy tłu- 
mów niż przez wojny możnych i wiel- 
kich, albo nawet poprostu przez bieg 
czasu i zmienność okoliczności — cza- 
sem przez winę samych właścicieli. Mo- 
żna też powiedzieć rzecz inną, mianowi- 
cie, że choć te wszystkie czynniki nisz- 
czące działają i dziś, to jednak ochrona 
zabytków jest właśnie dziełem i potrze- 
bą czasów najnowszych. To dopiero wiel- 
kie demokracje współczesne zaczęły pie- 
lęgnować stare szczątki czasów feudal- 
nych i rycerskich. One dopiero stworzy- 
ły rozległą wiedzę konserwacji walących 
się murów i otoczyły je opieką. Więcej 
chyba dla nich zrobić nie mogły, a od- 
budowywanie ich byłoby nie tylko tru- 
dem bezpłodnym, ale może nawet i rze- 
czą złego smaku. Toteż i we Flandrji 
i w Nadrenji, które p. Pruszyński tak 
ciągle Polsce przeciwstawia, wszędzie 
sterczą w nienaruszalnym stanie czcigod- 
nych resztek prastare mury i baszty. 

W Polsce pod względem konserwacji 
ruin istnieją oczywiście poważne braki i 
niedociągnięcia, aleć przecie nawet na 
„nędznym" Wołyniu zakonserwowano 
większość ruin, a kilka z nich (m. in 
bramę zamku w Dubnie) odbudowano 
według dawnych domniemanych kształ- 
tów. Uporządkowano też, wzmocniono i 
zakonserwowano ruiny zamku Lubarta. 
Pan Pruszyński szydzi, że pod temi mu 
rami są jakieś instalaoje straży ognio- 
wej, a na grobach kniaziów Wołynia ro- 
sną buraki, fasola i pietruszka. Mówiąc 
nawiasem, po tych grobach (był tam zda- 
je się tylko jeden) Polska odziedziczyła 
już tylko legendę. Ale jeszcze kilkanaś- 
cie lat temu dziedzińce ruin Lubarta by- 
ły jedynie śmietnikiem dla okolicznej lu- 
dności. Warzywa — to więc już pewien 
postęp. Nie szkodzą one ruinom więcej 
niż jaskółki, które widywałam gnieżdżą- 
ce się tysiącami w wielu ruinach zagra- 
nicznych. A Polska ma napewno większe 
winy do naprawienia niż te zagonki faso 
li śród ruin zamku Lubarta. 



Pan Pruszyński także i w dziedzinie 
gospodarczej widzi na Wołyniu tylko rui 
nę i ruinę. Mieliśmy, powiada, kiedyś 
Korzec, „zdumiewający Europę wdzię 
kiem i pięknem swej porcelany" i fabry 
kujący ją „dla najmożniejszych z moż- 
nych", a dziś „wyrabiamy w Dermance 
brzydkie fajanse dla Zulusów". Co do te- 
go „zdumiewania Europy", to możebyśmy 
się jeszcze umówili. Naogół jednak w tym 
punkcie muszę się do pewnego stopnia 
zgodzić z p. Pruszyńskim. Epoka nasza 
istotnie zmarniała nieco, jak zazwyczaj 
marnieją epoki po wielkich wojnach. I 
poniektóra „Europa", na którą gęsto po- 
wołuje się p. Pruszyński, też nie jest już 
tą Europą, jakąby można w imię kultury 
sławić. I my, Polacy, w samej rzeczy nie 
tylko w dziedzinie materialnej, lecz i w 
dziedzinie duchowej wyrabiamy sporo 
tandetnych, acz efektownych „derma- 
nek". 

Nic też nie powiem na poruszoną 
przez p. Pruszyńskiego sprawę wywoże- 
nia zagranicę kaolinu, sprawy tej bo- 
wiem nie znam. Jeśli się ona dzieje, to 
p. Pruszyński słusznie powiada, że to 
źle. Nastręczają się tu natomiast inne 
zastrzeżenia. Bo może to dlatego, że fa- 
brykowaliśmy niegdyś „dla najmożniej- 
szych z możnych", i tylko siłami „najmo- 
żniejszych z możnych" i że skradziono 
nam sto lat dziejów, przez które świat 
rzeczy te inaczej urządził, może to dla- 
tego musimy dziś fabrykować dla „Zulu- 
sów?". I może skolei wypadnie zapytać 
p. Pruszyńskiego, czy jest mu wiadomo, 
że poczynania kulturalne kniazia Ostrog- 
skiego rozsypały się w proch niemal ra- 
zem z jego śmiercią? Umarł on w r. 1606. 
a ostatni druk, jaki wyszedł z tłoczni w 
Ostrogu, nosi datę r. 1622. Tak samo sta- 
ło się z wielu poczynaniami kulturalny- 
mi i gospodarczemi możnych panów. Nie 
będąc oparte o kulturę i o potrzeby szer- 
szych warstw, nie wytrzymały one nawet 
próby śmierci swych twórców, a cóż do- 
piero mówić o groźniejszych próbach 
dziejowych. Taką zaś próbę miały do 
przetrzymania i Korzec i Baranówka, 



mianowicie próbę rozbiorów i niewoli, 
a w związku z tem — upadku wszystkich 
przedsięwzięć, obliczonych przecie na 
zupełnie inne warunki bytu. Kiedy ta 
niewola jeszcze trwała, to i ja — w mo- 
jej młodocianej publicystyce — i wielu 
innych pisarzy nawoływaliśmy, że nie mo- 
żna wszystkich naszych zaniedbań na nią 
składać. Gdy ktoś jednak zupełnie za- 
pomina, że między odbudowanem pań- 
stwem polskiem a dawną (bardziej pro- 
blematyczną niż to z reportażu p. Pru- 
szyńskiego wynika) świetnością Wołynia 
rozciąga się sto dwadzieścia lat niewoli 
i ucisku, to trzeba to jednak przypomnieć. 
I przypomnieć, że po latach niewoli przy- 
szły cztery lata „głodu, ognia i wojny", w 
której Wołyń był jednem z głównych i 
najdługotrwalszych pobojowisk. A nowa 
Polska odziedziczyła i odwojowala tę 
krainę nie jako „kraj bogaty, ludny i we- 
soły", lecz jako zrytą rowami, zszarpa- 
ną pociskami, spaloną i ogołoconą ze 
wszystkiego pustynię. 



A teraz — czy Polska, odzyskawszy 
Wołyń w tym stanie, rzeczywiście nie 
zrobiła nic, aby go dźwignąć, zorganizo- 
wać i ku nowym — innym niż dawniej- 
sze — zadaniom przysposobić? 

Nie mam zamiaru dawać tu przeglą- 
du wszystkich prac i wysiłków, jakie 
Wołyń dla podniesienia swej kultury i 
zamożności podejmuje. Kompetencje mo- 
je bowiem nie są potemu wystarczające. 
Na Wołyniu bywałam nieraz, ale nie w 
celu pisania słabo przemyślanych repor- 
taży, lecz prywatnie u przyjaciół, a jeśli 
w celach badawczych, to także dla ści- 
śle osobistej satysfakcji lepszego pozna- 
nia ojczyzny. A także m. in. dlatego, że 
mam zaszczyt należeć do tych rodzin 
żołnierskich, dla których Wołyń jest miej- 
scem, gdzie walczyli ich najbliżsi o Pol- 
skę, a więc miejscem świętych w pew- 
nym sensie pielgrzymek. Ale i w tych 
warunkach, bez użytkowego zbierania 
wiadomości o tej krainie, powzięłam ich 
przecie nieco więcej, bardziej też pozy- 
tywnych niż te, które zdołał zgromadzić 
p. Pruszyński. A przynajmniej niż te, któ- 
re on raczył narazie ujawnić. 

Nawiasem dodam, że i to, co ujawnić 
raczył, nastręcza poważne wątpliwości. 
Bo oto, jakich metod używa p. Pruszyń- 
ski przy podawaniu swych rewelacyjnych 
„prawd" o Wołyniu. Powiada on m. in., 
że widział w Klesowie mały kamienio- 
łom, który, by to przedsiębiorstwo wy- 
zyskać, „przeszedł na budowę pomników 
i odrazu wybudował na miejscu w lesie 
grzeczny pomniczek swemu żyjącemu i 
urzędującemu wojewodzie". Wprawdzie 
autor napomyka mimochodem, że ów ka 
mieniołom należy do jednego z samorzą 
dów zachodnich, lecz ogólnikowe to 
stwierdzenie przemyka się tak dyskret- 
nie i ginie tak dokładnie śród antywo 
łyńskich sugestyj artykułu, jakby piszą 
cemu zależało na wywołaniu wrażenia, 
że w Klesowie pobudowano pomnik o 
becnemu wojewodzie wołyńskiemu. Mo 
żnaby się założyć, że wszyscy prawie czy 
telnicy listu z Wołynia tak właśnie ten 
ustęp zrozumieli. Zwłaszcza, że sugestię 
tę narzuca odniechcenia rzucone pyta- 
nie; „Jak myślisz, Droga moja, czy gene- 
rał -gubernatorom wołyńskim wznoszono 
pomniki?". Ten bałamutny ustęp nie 
zmącił w głowie tylko nielicznym świa- 
domym rzeczy i wiedzącym, że ów „za- 
chodni samorząd" oznacza Śląsk. I że ów 
„pomniczek" dotyczy wojewody Grażyń- 
skiego, któremu robotnicy, być może, 
wdzięczność chcieli okazać za stworzenie 
warsztatu pracy. Zastrzegam, że wszel- 
kie tego rodzaju oficjalne i przedwczes- 
ne objawy hołdu uważam za śmieszne, 
niepotrzebne i szkodliwe kogokolwiekby 
dotyczyły. Zatrzymałam się na tym bła- 
hym szczególe, by wskazać na metodę 
podawania wiadomości, która w szanu- 
jącej się publicystyce nie powinna być 
stosowana. W tym wypadku zresztą p. 
Pruszyński okazał pewne wyrafinowanie 
w przyrządzaniu swego bigosu. Ale są u 
niego przecie wiadomości bez żadnej me- 
tody poprostu „wyssane z palca". Ze 
sprostowania, umieszczonego w nr. 746 
„Wiadomości", okazuje się, że w Der- 
mance (oj, te dermanki) wcale niema ża- 
dnej fabryki fajansów, a „mały i mizer- 
ny kamieniołom w Klesowie dobrze się 
opłaca i jest jednym z największych, ja- 
kie wogóle bywają. 

Autor listu z Wołynia wyszydził (nie- 
słusznie) Klesów, ale nie wspomniał ani 
słowem o Janowej Dolinie, kamienioło- 
mie bazaltowym, największym w Polsce, 
a jednym z większych i najlepiej zacho- 
wanych w Europie. Jeszcze dziesięć lat 
temu nad Janową Doliną szumiała dzie- 
wicza puszcza dębowa. Dziś trzy tysiące 
robotników pracuje tam — gdy przyjdą 
obfitsze zamówienia — na trzy zmia- 
ny. Pan Pruszyński nie wie zapewne, że 
jego nogi spacerują w Warszawie po tych 
wołyńskich bazaltach i że wszystkie pra- 
wie zapotrzebowania Polski na twardy 
kam.eń szosowy pokrywane są przez ten 
..w nędzy, żałobie i mroku" tonący Wo- 
łyń. 

Pan Pruszyński wyśmiewa się z gro- 
bowych pomników, których dostarcza 
Wołyń. Autor jest jeszcze młody i daj 
mu Boże, by jak najdłużej nie zaznał 
bliższej styczności z cmentarzami. Je- 
stem r>od tym względem o wiele mniej 
szczęśliwa i z cmentarzami mam, nieste- 
ty, zażyłą znajomość. Wiem, jak lat kil- 
kanaście temu nawet najzwyklejszy pol- 
ny granit dla smutnych celów cmentar- 
nych sprowadzano tylko ze Szwecji i Fin- 
landji. Dziś granity i bazalty Wołynia 
wyrugowały prawie ten żałobny luksus 
zagraniczny. 



8 



Skoro już mowa o cmentarzach, zejdź- 
my w nie jeszcze głębiej — aż do ar- 
cheologii. Pan Pruszyński powiada, że 
na Wołyniu dla założenia „popłatnych 
stawów rybnych (a więc są śród tej nę- 
dzy jakieś popłatne stawy rybne) rozko- 
pano cenne kurhany czy grodziszcza". 
I natychmiast dodaje: „Biskupiny, to do- 
bre w Poznańskiem"... 

Możliwe, że taki wypadek uszkodze- 
nia zabytku archeologicznego zdarzył się 
na Wołyniu, jak zdarzyć się on może 
wszędzie. Jeśli się zdarzył na gruntach 
Liceum Krzemienieckiego — tem gorzej. 
Ale p. Pruszyński nie dowiódł, że taki 
właśnie stosunek do kurhanów i grodzisk 
jest na Wołyniu powszechny i dla tam- 
tejszego stosunku do archeologii charak- 
terystyczny. A swym ogólnikowym i dra- 
matycznym wykrzykiem wywołał wraże- 
nie właśnie takie, że tam na Wołyniu nic 
się nie dzieje, tylko barbarzyńcy niszczą 
kurhany i grodziszcza. 

Tymczasem, co to znaczy właściwie 
takie zdanie: „Biskupiny, to dobre w Po- 
znańskiem"? Ja niezmiernie kocham i 
poważam Poznańskie, ale czy to Poznań- 
skie stworzyło osadę nadwodną w Bi- 
skupinie? Wielkie odkrycie archeologi- 
czne może się przecie zdarzyć w każdej 
dzielnicy Polski, a gdyby się zdarzyło 
na kresach wschodnich, otoczonoby je 
taką samą opieką jak poznański Bisku- 
pin. To się już zresztą zdarzyło. W Gro- 
dnie odkryto wykopaliska wczesnohisto- 
ryczne równie cenne i doniosłe jak Bi- 
skupin. Bada się je, utrwala i ochrania 
tak samo pieczołowicie jak osadę nad- 
wodną w Biskupinie, pomimo że odkry- 
to je w części Polski istotnie jednej z 
najbiedniejszych i najbardziej zacofa- 
nych. Wprawdzie archeolodzy i geolo- 
dzy prowadzą zacięte dyskusje o meto- 
dę tvch badań, ale to leży chyba w po- 
rządku rzeczy. 

Stan polskich prac archeologicznych 
pozostawia jeszcze wszędzie w Polsce 
niezmiernie wiele do życzenia. Lecz Wo 
łyń wcale nie pozostaje pod tym wzglę 
dem tak bardzo wtyle za innemi dziel 
nicami kraju, nie mówiąc o tem, że we 
dług opinji fachowców okazuie się on 
stopniowo jednym z bogatszych terenów 
archeologicznych, zwłaszcza gdy idzie 
o neolit i okres wczesnohistoryczny. Nie 
wiem, czy o. Pruszyński widział muzeum 
w Łucku. Ma ono dopiero dziewięć lat, 
jest jeszcze ubogie, a zwłaszcza ciasne. 
Ale tylko człowiek pozbawiony „czuiące 
go widzenia", tylko człowiek niezdolny 
do żadnej słusznej oceny zjawisk, a zdol 
ny jedynie — jak mówi Norwid — „bez 
cześcić albo bałwochwalić", nie wzruszy 
się widokiem ofiarnego wysiłku, jakim 
to muzeum powstało i jakim się rozwija- 
W jego salkach, a szczególniej w jego 
dziale archeologicznym p. Pruszyński zo 
baczyłby niejeden cenny i rzadki okaz, 
(choć najcenniejsze i najrzadsze zostały 
zabrane do Centralnego Muzeum Archeo 
logicznego w Warszawie). A jeśli raczył- 
by się pofatygować i zejść po zaiste bar- 
barzyńskich i nieeuropejskich schodkach 
w podziemia tego muzeum, zobaczyłby 
tam (śmiejąc się może w kułak) czcigo- 
dną i benedyktyńską pracę niejakiego p. 
Zygmunta Leskiego. Ten p. Zygmunt Le- 
ski, niegdyś właściciel folwarku Kor- 
szów w powiecie łuckim, stwierdziwszy 
że dwór jego leży w obrębie dawnego 
grodziska, zaczął sie ryć w prastarych 
obwałowaniach i badać ich cenne wyko- 
paliska, którą to pracę opisał i wydał dru- 
kiem. Dziś, jako wytrawny iuż znawca, 
życie poświęcił nato, by sklejać pogru- 
chotane szczątki urn, garnków, kafli 
przed albo wczesnohistorycznych. Całe 
dnie w nieznośnych woniach kleju, przy 
świetle elektrycznem, otoczony rysunka- 
mi i stosami szacownych skorup, — ist- 
ny zakonnik nowych czasów, — trawi na 
mrówczej nieefektownej pracy wskrze- 
szania na ; drobniejszych okruchów za- 
mierzchłej przeszłości, której, zdaniem p. 
Pruszyńskiego, Wołyń taki jest niepa- 
miętny. 



Gdyby autor listu z Wołynia pofaty- 
gował się jeszcze cokolwiek, dowiedział- 
by się. że w Łucku istnieje Wołyńskie 
Tow. Przyjaciół Nauk, zarządzające mu- 
zeami (jest ich na Wołyniu kilka, m. in. 
w Dubnie, Ostrogu i Krzemieńcu), opie- 
kujące się pracami archeologicznemi, 
prowadzące badania historyczne i etno- 
graficzne, gromadzące i zabezpieczające 
dawne archiwa aż do wieiskich gminnych 
włącznie, a komunikaty swe drukujące w 
sprawozdaniach Polskiej Akademji Umie- 
; ętności, monografje zaś dotyczące swych 
badań — w» wszystkich czasopismach 
fachowych Polski. Towarzystwo to w 
dziale humanistycznym podieło takie wy- 
dawnictwa iak „Pamiętniki" orjentalisty 
wołyniaka Ignacego Radlińskiego i „Kro- 
nikę rodów Podola, Wołynia i Ukrainy", 
nie mówiąc o szeregu drobnych prac, do- 
tyczących przeszłości „niepamiętnego" 
Wołynia. W dziale przyrodniczym ma za 
sobą poważne Drace, dotyczące florysty- 
ki i entomologii, przyczem do badań nad 
owadami, zwłaszcza szkodnikami leśne- 
mi, zbudowało własną polowa stacię en- 
tomologiczną w Kiwercach. Jego lampa 
entomologiczna może jest pożyteczna dla 
Polski, ale cóż to naturalnie znaczy wo- 
bec arjańskiego uniwersytetu w Kisieli- 
nie. 

Biadaiąc nad zniknięciem przed wie- 
kami drukarń w Kisiel ; nie i Ostrogu, p. 
Pruszyński nie zauważył innych drukarń, 
które na to miejsce powstały Więc choć- 



by samorządowej, a nawet poniekąd 
spółdzielczej drukarni w Równem, gdzie 
niedawno wydrukowano nowy gruby tom 

Roczników Wołyńskich". Te „Roczni- 
ki", wydawane szósty rok (już dziś bez 
żadnej subwencji) przez oddział wołyński 
Związku Nauczycielstwa Polskiego, to 
istna kopalnia wiedzy o Wołyniu prze- 
szłym i teraźniejszym we wszystkich 
dziedzinach życia i z punktu widzenia 
wszystkich gałęzi umiejętności. A z ja- 
kim pietyzmem to jest robione, ilu ry- 
sunkami, fotografjami, mapami, wykresa- 
mi i jaką bibljografją bogate! „Rocznika- 
mi" swojemi słusznie nauczycielstwo wo- 
łyńskie pysznić się może, słusznie mo- 
głaby się niemi chlubić cała Polska, gdy- 
by je chciała znać. Pan Pruszyński nie 
zauważył w ternie Równem Centralnej 
Bibljoteki Pedagogicznej, nie zauważył 
wielu innych tym podobnych kulturalnych 
poczynań. Czy może zauważył i przemil- 
czał to wszystko, bo mu to nie pasowało 
do tezy o kulturalnym upadku Wołynia? 

Pan Pruszyński wyśmiewa się z tego, 
że w Kisielinie jako uroczystość traktują 
otwarcie szkoły powszechnej. Nie znoszę 
oficjalnych uroczystości i nigdy na żad- 
nych nie bywam (choć mimo to pewien 
halucynujący publicysta „widział" mnie 
na oficjalnym kongresie młodzieży wiej- 
skiej). A jednak wyznać muszę, że w ser- 
cu i samopoczuciu mojem każde otwarcie 
szkoły powszechnej w Polsce jest dla 
mnie uroczystością, i sądzę że jest nią 

dla każdego rozumnego Polaka i obywa- 
tela. 

Taki mając stosunek do szkolnictwa 
powszechnego, nic dziwnego, że p. Pru- 
szyński nie dostrzegł, że gdy w r. 1920 
na. Wołyniu było 874 szkół powszech- 
nych, to dziś jest ich 1 906, że gdy wtedy 
chodziło do szkół dwadzieścia kilka 
tysięcy dzieci, to dziś chodzi ich zgórą 
dwieście tysięcy. Wszystko to są jeszcze 
liczby, niestety, bardzo niedostateczne, 
nie świadczące jednak chyba o bezna- 
dziejnem pogrążeniu się w ciemnotę. Nie 
zauważył też ani działalności Polskiej 
Macierzy Szkolnej, ani działalności Zwią- 
zków Młodzieży Wiejskiej, ani dwóch u- 
niwersytetów wiejskich (na ogólną liczbę, 
niestety, tylko 11 w całej Polsce), ani 
wielkiej ilości popularnych bibljoteczek 
wędrownych i stałych, ani żadnego z tych 
skromnych lecz niewątpliwych poczynań 
oświatowych, napewno ludności wołyń- 
skiej stokroć bardziej narazie potrzeb- 
nych niż akademickie uczelnie. 

Najdziwniejszem ze wszystkich bała- 
mutnych oskarżeń p. Pruszyńskiego są 
iego lekkomyślne insynuacje pod adresem 
Liceum Krzemienieckiego. Nie rozumiem 
do czego może być potrzebne podrywa- 
nie w opinji polskiej zaufania do tej — ■ 
jednej z niewielu w Polsce tak pracują- 
cych — wzorowej poprostu instytucji. 
Nie wątpię, że rozsiani dziś już po całym 
Wołyniu, a nawet Polsce wychowankowie 
Liceum, a także ludzie blisko znający je- 
go bezcenną wartość, staną w jego obro- 
nie, jak stanął już Zygmunt Rumel w pię- 
knym „Liście otwartym", drukowanym 
w nr. 5 czasopisma „Wołyń", jak stanęła 
Marja Danilewiczowa (nr. 745 „Wiadomo- 
ści"). 

Co do mnie, spędziłam w Liceum 
Krzemienieckiem przed dziesięciu laty 
trzy tygodnie. Już wtedy zbudowana by- 
łam sprężystością jego trudnej admini- 
stracji, rozmachem jego zamierzeń, umie- 
jętnością połączenia pedantycznie wręcz 
przestrzeganej tradycji Tadeusza Czac- 
kiego z potrzebami żywego życia, idea- 
lizmem i razem solidną rzeczowością je- 
go wysiłków pedagogicznych, jego biblio- 
teką, szkołą muzyczną i t. d. A od tamte- 
go czasu wszystko się tam chyba jeszcze 
wzmocniło i rozwinęło. 



10 



Nie będę tu poruszała dorobku gospo- 
darczo-społecznego Wołynia, gdyż to jest 
temat zbyt ogromny. Napewno zobrazują 
go inni. I to będzie jedyna korzyść z ar- 
tykułu p. Pruszyńskiego. że Polska dowie 
się prawdy o tem, jak żyje i pracuje Wo- 
łyń. Dowie się jednak nie od p. Pruszyń- 
skiego, mimo, że on się sam rzecznikiem 
prawdy głosi. 

Na zakończenie dodam, że właśnie 
teraz, gdy p. Pruszyński tak lamentuje 
nad przepaścią, kopaną przez ..obcych w 
chacie" między Wołyniem a Europą, ta 
„Europa" zaczyna się Wołyniem intereso- 
wać. Nie mówiąc o znanych zagranicy 
„Rocznikach Wołyńskich", prasa niemiec- 
ka, może nie w Nadrenji, ale np. w Lip- 
sku przedrukowuje lub omawia artykuły 
czasopisma „Wołyń", które zato w Pol- 
sce mało kto czyta. Cudzoziemców życz- 
liwych albo zainteresowanych w tranza- 
kcjach z Polską ciekawi rozwój gospodar- 
czy i kulturalny Wołynia. Wrogów nie- 
pokoi to, że w sprawach unormowania 
kwestji narodowościowej — których ini- 
cjatywa niepostrzeżenie się z rąk polskich 
wysuwa i już już ma być pochwycona i 
przeciw nam wygrywana przez obcych — ■ 
właśnie tam na Wołyniu istnieje grunto- 
wnie przepracowana myśl przewodnia. 
Nawiązuje ona jużcić nie do poczętych 
z obcego natchnienia dzisiejszych fana- 
tyzmów lecz do najlepszych tradycvi pol- 
skich, do tradycyj wojewody Kisiela 
i króla Zygmunta Augusta. Jak ta myśl 
jest realizowana, jakie napotyka ze 
wszystkich stron trudności i jakie ma 
tragiczne strony, to kwestja, która tu 
rozważana być nie może. To jednak 
pewna, że mvśl ta iest i że to już stano- 
wi moralną siłe. której wrogowie Polski 
wcale nie radziby w nas widzieć. 



Marja Dąbrowska. 



WIADOMOŚCI LITERACKiE 



Książka o człowieku głębinowym 



Józef Mackiewicz. Bunt rojstów. O- 
kładkę projektował Jerzy Hoppen. Wil- 
no, 1938; str. XV i lnl. i 215 i 3nl. 

Polska jest krajem który lemiesz re- 
portażu przeorywał jedynie rzadko, nie- 
dbale, i nader płytko; jej północno- 
wschodnie ziemie, Wileńszczyzna, No- 
wogródczyzna, Grodno, to kraj w który 
poprawdzie nie worał się nigdy. Toteż 
dziennikarz warszawski, zapuszczający 
się w te strony, rozpowiada potem o 
swej „wyprawie" niczem o ekspedycjach 
polarnych, a opisuje Nieśwież radziwił- 
łowski, cukiernię Sztrala, Tuhanowicze 
Maryli i piękno jeziora Narocz. Kraj 
przez pryzmat tych spojrzeń wygląda ni- 
czem Polska z filmówek P. A. T.a. Od 
czasu do czasu jakiś as reportażu prze- 
prowadzi cykle wywiadów z miejsco- 
wem naczalstwem i miejscowem społe- 
czeństwem, z jakimś pokazowym osad- 
nikiem i oryginałem ziemiańskim. Dlatego 
wiemy jedmak że w tym kraju jest tro- 
chę jezior, starostów i szefów wydziału 
bezpieczeństwa; że jest Zułów i są roj- 
sty; że buduje się yacht-kluby, a niekie- 
dy i szkoły; że trafiają się i chłopi, mó- 
wiący rozczulająco śpiewnym językiem, 
grzeczniejsi niż ci z Małopolski środko- 
wej, nie mówiąc już o wschodniej. Od 
czasu do czasu jakiś pastuszek rozszar- 
pany przez wilki zasila pożytecznie pra- 
sę stołeczną; widocznie, obok spręży- 
stych urzędników, żyją tam i łagodne 
pastuszki, a zjadanie ich przez wilki na- 
daje pewnej malowniczości miłemu kra- 
jowi na północy, który acz biedny, jest 
potulny, durny i cichy i ma na tyle taktu 
że nie przysparza naszemu mocarstwowe- 
mu państwu antypaństwowych kłopotów. 

Niestety, książka Józefa Mackiewicza 
„Bunt rojstów" wzburzy nam ten piękny, 
pogodnie skomponowany obraz. Kraj, za- 
pomniany od Boga, ludzi i reporterów, 
został przeorany lemieszem który sięgnął 
tu tak głęboko, jak społecznie nie się- 
gnął jeszcze nigdzie w Polsce żaden pol- 
ski reportaż. Pod lemieszem, rozrywają- 
cym ugór, ginie przywalony tłustą czer- 
nią ziemi, chwast, nawóz, ruń trawy, któ- 
ra wyrosła przez jesień na dawnem polu, 
uczyniła je zielonem, kwiecistem, złotem. 
Nie zgadywaliśmy nawet jak bardzo to 
zielone i kwietne było płytkie, jak trzy- 
mało się na powierzchni, jak żyło tylko 
z soków głębokich warstw które ukry- 
wało pod sobą usilnie i chytrze. Wystar- 
czyło jedno przejechanie się pługa, aby 
pole zmieniło barwy i to co na niem i z 
niego żyło zmieniło się skolei w pożyw- 
kę, którą soki gruntu strawią i zniszczą 
gdy ją przywali najmniejsza skiba. 
Mackiewicz rozorał ten grunt. Pokazał 
nam przejmujące, o ileż głębsze od ska- 
li przeżyć inteligenta, życie religijne sek- 
ciarstwa, które ogarnia te wsie drew- 
niane pożogą płonącą ongi gorączką kru- 
cjat i żarem stosów, a dziś tlejącą tu 
gorącym, w ziemię zapadłym, płomie- 
niem. Pokazuje nam wielką masę chłop- 
ską, tkwiącą w głębi tego co tu widzi- 
my na powierzchni, masę którą nam u- 
kazywano dotąd niby część krajobrazu, 
gatunek roślinnego człowieka, przedmiot, 
materjał, a która naraz wysuwa się ja- 
ko żyjąca treść tego .kraju, istotniejsza 
w swym bezwładzie niż molekuły biuro- 
kratyzmu. Nawet pejzażowy rybak znad 
Naroczy nie jest sielankowy ani pat-ioz- 
ny: toczy on głuchą i zaciętą walkę o 
swoje prawa do jeziora, potrząsa przy- 
wilejami królów polskich z w. XVI, któ- 
re uznawały prawa chłopskie rybaczej 
ludności, prawa zaprzeczane okólnika- 
mi rządowemi współczesnej Rzeczypo- 
spolitej. I ten bunt ludności naroczań- 
skiej, bunt który trwa dzisiaj jeszcze, sta- 
je się naraz czemś niewileńskiem: przy- 
pomina pierwsze „boje o prawo" toczo- 
ne w Europie przez „gezów" niderlandz- 
kich z namiestnikami Filipa II. Ten chłop 
wileński zaczyna naraz gadać językiem 
który przestał być śpiewny i miękki, a 
nabrał twardych akcentów prawa i po- 
czucia prawa. Tak musieli przemawiać do 
wysłanników Escorialu Egmont i Horn. 
Tak musieli ginąć za swoje prawo, za 
prawo swoich wnuków, dzisiejszych mie- 
szkańców szczęśliwej Holandji księżnej 
Juljany, bohaterowie dramatu Schillera. 

Ten świat widywaliśmy dotąd jak 
„widuje się" z łodzi spacerowej świat 
ryb, wodorostów, głębin. Był on niewy- 
raźny i tajemniczy, poetycki i nierealny. 
Teraz wydobyto go nawierzch głębokim 
zamachem czerpaka. Lub raczej to my 
w skafandrze opuściliśmy się na dno. 
Poznajemy świat tego dna. Przestał być 
tajemniczy i przestał być poetycki. Ma 
on inne troski niż myśleliśmy, inne pra- 
gnienia niż to nam mawiał szablon 
„marxowskiego pojmowania dziejów", in- 
ne niż sielankowo-propagandowe aspek- 
ty. Rysują się one poprzez karty tego 
reportażu, który czasem staje się wstrzą- 
sający, z wyrazistością aż przeraźliwą. 
Życie głębinowe nie jest ani poetyckie ani 
sielskie. A człowiek, który w tych głę- 
binach życie swe pędzi, to człowiek ta- 
ki sam jak my. Tylko że jest to człowiek, 
jak pewne ryby — głębinowy. Nacisk z 
zewnątrz, jaki czasem odczuwamy, tam, 
na najniższym szczeblu drabiny społe- 
cznej, niżej od najniższego „inteligenta", 
potężnieje w stokrotny sposób. Ten czło- 
wiek jak ryby głębinowe zatracił koś- 
ciec. Stał się galaretowatą, bezwolną 
masą, z której wypompowano opór, z 
której drętwoty okazują zadowolenie, 
którego bierność bywa poczytywana za 
zasługę, jak aktywność ludzi spod Li- 
manowej za wadę. Nic dziwnego wresz- 
cie że kraj jest bierny, nie czyta, nie 
konsumuje, nie buduje, nie produkuje, 
skoro olbrzymia większość jego ludności 
doprowadzona została do głębinowych 
form bytu. 

Z powierzchni widać skąpo to co się 
dzieje na dnie. Ale i sprawy powierzch- 
ni widziane oddołu, z dna, wyglądają 
mnisj imponująco. Nieliczny iwiat nad- 



wodny biednej Wileńszczyzny, świat do- 
datków filmowych P. A. T.a, przecina- 
czy wstęg i kulturtragerów na posadzie, 
widziany z tej głębi, do której dotarł 
Józef Mackiewicz, przedstawia się dzi- 
wnie mizernie. Ze światem głębinowym 




Rządowi Narodowemu złożył i w borze 
padł. Ale dziś, jak okiem sięgnąć, szczu- 
plutkie są lasy wileńskie. Ziemię nieżyz- 
ną porasta nie dąb wolny a mocny, ale 
rojst grząski i niski. Człowieczy i ro- 
ślinny rojst. Ugina się za przecho- 
dem, ale nie łamie, odrasta, ale nie 
wyrośnie, paliwa zeń nie będzie, domu 
zeń nie zbudujesz. Tragiczna, lecz pań- 
stwowotwórcza, bo walcząca z zakłama- 
niem, łatwizną, kwietyzmem, jest książ- 
ka Józefa Mackiewicza. Tyle książek 
czczych i głupich wydaje się dziś w Pol- 
sce, a tak kapitalne studjum nie znalazło 
wydawcy! Będzie zwalczana, będzie prze- 
milczana, zmobilizuje się przeciw niej 
ludzi o znanych nazwiskach, spędzi wiel- 
kich pisarzy i pogna małych podjezdni- 
czych szczwaczy, a gdy braknie argu- 
mentu, uruchomi się szmonces. Jak je- 
szcze przeciwko żadnej książce w nie- 
podległej Polsce. Bo żadna nie miała 
bezczelności powiedzieć aż tak dużo pra- 
wdy. A tego nie zwykliśmy wybaczać. 

Ksawery Pruszyński. 



JÓZEF MACKIEWICZ 



nie ma żadnych stycznych: korzysta 
z niego, żyje jego biernością, istnieje 
jego drętwotą, zginie kiedyś przez nie. 
Wysiłki jego nawet nie są szkodliwe, czy 
szatańskie. Są raczej niemądre i żadne. 
Niema tu wielkich wampirów; są raczej 
małe pluskwy. A i gniew nie jest uczu- 
ciem właściwem istotom głębinowym: 
raczej ogarnia je dostojna, rybia obojęt- 
ność, głucha obcość dla świata zgóry, 
świata władzy, świata hierarchji. Krawę- 
żniki, jakie w nędzarskim Wołożynie 
machnięto sumptem któryby starczył na 
zbudowanie czterech dużych szkół po- 
wszechnych, oryginalne pojęcia prawa 
dyrekcji lasów państwowych, starosta 
odsiadujący kryminał, wieś poleska, do 
której nie dotarł ani sekwestrator ani 
wielka wojna, gorliwcy tropiący zacie- 
kle mowę Puszkina i Gogola, osobniki 
ze Szczedrina — oto co widzi dno kre- 
sowe u kresowej góry. Krawężniki... Mój 
Boże, pamiętam takie krawężniki w nie- 
jakim Kisielinie... Mój Boże, ile w Polsce 
jest takich krawężników, kto policzy w 
Polsce masy głębinowych ludzi? 

„Bunt rojstów" — nazwano tę książ- 
kę. „Rojsty grząskie" — pisał Wincenty 
Pol. Rojst — błotnicze zarośle, trzęsa- 
wisko, zwane także mszar. „Wileńszczy- 
zna, kraj rojstów". Ten propagandowo- 
turystyczny slogan zawiera i społeczną 
prawdę kraju. Rosły tam kiedyś dęby, 
były święte gaje i puszcze Mendoga, ale 
je przetrzebiono, zniszczono. Legenda 
przekazała nam żubra, Grottger prze- 
kazał chłopa który rojstem nie był. Zna- 
ku czekał, dwururkę wziął, przysięgę 



POWIEŚĆ O CHŁOPACH 



Wanda Wasilewska. Ziemia w jarzmie. 
Powieść. (Okładka Bermana). Warszawa, 
„Rój", 1938; str. 305 i llnl. 

Nowa powieść Wasilewskiej wiąże 
się z najbardziej aktualnemi zagadnienia- 
mi chwili obecnej — • ze sprawą chłopską, 
z reformą rolną, z ponurą nędzą mało- 
rolnych i nadmiernem posiadaniem wiel- 
kich latyfundystów. 

Wychodząc z zasadniczo słusznych 
założeń, Wasilewska przeprowadza jed- 
nak swój surowy obrachunek w sposób 
demagogiczny, przejaskrawiony, a>w sto- 
sunku dn ziemiaństwa — wręcz rjiespra- 
wiedliwy. Tę niesprawiedliwość w stosun- 
ku do hrabiego Ostrzeńskiego, wielkie- 
go pana włości nadbużańskich, można je- 
dnak pisarce wybaczyć. Nie tylko dla jej 
talentu i z głębi serca płynącego oburze- 
nia, ale głównie dlatego, że nawet prze- 
rysowanie tego twardego i bezwzględne- 
go ziemianina nie odbiera mu cech zło- 
wrogiego typu, który tkwi „jak gwóźdź, 
wbity w zielone żywe ciało" chłopa. 

Z wolterowską pasją nawołuje pisar- 



Najbliższy numer „Wiadomości Literackich" będzie poświęcony 

pamięci 

ANDRZEJA STRUGA 

W numerze: 

ANDRZEJ STRUG: Na cmentarzu — Na Dolnym Zamku (dwa 
fragmenty z powieści „W Nienadybach byczo jest") — 
W Sing-Sing (fragment z t. II „Miljardów") 

Józef Wittlin: Lekcja Struga 

J. N. Miller; O właściwe podejście do Struga 

Wanda Melcer: Inny Strug 

Wacław Rogowicz: W imię człowieka bez imienia 
Paweł Hulka-Laskowski: Bojownik wolności i pokoju 
Marjan Czuchnowski: Surowe zapiski 
Andrzej Stawar: Kontrasty społeczne 
Wanda Wasilewska: Któregoś dnia 
Emil Breiter: „Miljardy" 

Juljan Krzyżanowski: „Myśli ważne na ziemi, myśli ważne 
w niebie"... 

Leon Kruczkowski: Nad „Miljardami" 
Wacław Kubacki: Idolum thematis 
Leon Pomirowski: Ludzie na wojnie i wojna w ludziach 
Kazimierz Czachowski: O sztuce pisarskiej Struga 
12 stron druku — 31 ilustracyj 



ka na wszystkich kartach swej powieści: 
„ecrasez l'infame"! To ostrzeński pałac, 
to hrabska polityka gospodarcza jest win- 
na całej nędzy i wszystkich nieszczęść 
chłopa. Jeżeli chłop polski ma gospoda- 
rować, mnożyć się, wychowywać zdrowe 




WANDA WASILEWSKA 

dzieci i poczuć się nareszcie obywate- 
lem tej ziemi, którą potem swoim użyź- 
nia, to „tę naszą zmorę tam na górze" — 
t. zn. pałac razem z jego mieszkańcami 
— trzeba zniszczyć i usunąć z powierz- 
chni ziemi. 

Chociażby z jeszcze większą furją a- 
takowano ministra rolnictwa za jego 
chłopską politykę, chociażby jeszcze wię- 
cej argumentów przytoczono za tern, że 
wywłaszczenie wielkiej posiadłości nie 
załatwi sprawy kilku miljonów bezrobot- 
nych chłopów, to niepodobna zaprze- 
czyć, że sprawa, poruszona przez Wasi- 
lewską, posiada niezbitą rację psycholo- 
giczną. Zagadnienie stosunku dworu do 
wsi jest nie tylko sprawą gospodarki i 
ekonomiki. Chłop polski — bez względu 
na to czy to hrabiom Ostrzeńskim doga- 
dza, czy nie — ■ staje się powoli „potęgą 
i basta". Nie pomogą na to żadne palja- 
tywy, próby organizowania szlachty za- 
grodowej wśród chłopów i tworzenie ko- 
lonistów. Chłopska narastająca potęga 
dotknięta jest trwałym urazem psychicz- 
nym, nie dającym się żadną sztuczną te- 
rapją usunąć. Urazem tym jest obecność 
dworu wśród szachownicy pól chłopskich, 
tego dworu, który w tradycji niewolni- 
czych i pańszczyźnianych pokoleń pozo- 
stał synonimem zła, udręki i ponie- 
wierki. 

Tak określony stosunek chłopa do 
pana jest dzisiaj napewno niesprawiedli- 
wy i — nieuzasadniony. Ale istnieje, 
trwa, pogłębia się, rozwija i ujawnia się 
od czasu do czasu w lokalnych eksce- 
sach lub masowych strajkach, ruchach i 



MISTYFIKACJA LITERACKA 



Marcin Borzymowski. Morska nawigacja 
do Lubeka. Z pierwodruku 1662 r. wydał 
Roman Pollak. Gdańsk. Towarzystwo 
Przyjaciół Nauki i Sztuki w Gdańsku, 
1938; str. 2nl. i XXXIV i 196 i 4nl. 

Zasoby dawnego pisemnictwa polskie- 
go wobec kultury, potęgi, bogactwa Pol- 
ski mało imponują. Przyczynę tego niedo- 
boru uznajemy w zbyt lekkiem cenieniu 
„służby Muzom". Nie można się też łu- 
dzić nadzieją, że wyjdą jeszcze najaw ja- 
kieś skarby; jedyny wiek XVII gotuje nam 
istotne niespodzianki, bo go dotąd niezu- 
pełnie znamy. 

Tak wypłynęła r. 1933 Walentego Roż- 
dzieńskiego „Officina ferraria abo huta 
i warstat z kuźniami szlachetnego dzieła 
żelaznego" z r. 1612. Niemców (i Cze- 
chów) ogarnęło zdziwienie, nic podobne- 
go nie posiadają w literaturze własnej; 
były traktaty łacińskie, wierszem i prozą, 
nie było podobnej poezji w narodowym 
języku, a tu szlachcic polski prawił w 
wierszu polskim o górnictwie śląskiem 
rzeczy, których oni nie znają; szlachcic 
polski nic mógł dosyć wychwalać sławet- 
nego rzemiosła (!) dobywania kruszców, 
bo o węgiel i dwieście pięćdziesiąt lat 
później jeszcze nie dbano. Nie myślę wy- 
liczać niemieckich artykułów, rozpraw i 
ocen tego wszystkiego nowego co Roż- 
dzieński wniósł, jego niewielkiej poezji 
a wielkiej wiedzy, jego ciekawych szcze- 
gółów i osobliwszego słownictwa; wkład 
to pierwszorzędnej wagi a równej nie- 
spodzianki. 

Ten sam wydawca (prof. Roman Pol- 
lak) uraczył nas i drugą sensacją XVII- 
wieczną, przedrukiem w r. 1937 Marcina 
Borzymowskiego „Morskiej nawigacji do 
Lubeka" z r. 1662. W r. 1895 podałem o 
tym unikacie z bibljoteki Załuskiego, wte- 
dy petersburskiej, obszerniejszą wiado- 
mość i wyjątki. Jest to unikat nie biblio- 
graficzny tylko, lecz literacki, raz dla 
treści jako na wieki jedyny poemat ma- 
rynistyczny o 4 776 długich wierszach, a 
po wtóre dla arcymisternej mistyfikacji: 
że poczciwy Mazur zakpił nie tylko ze 
spółczesnych, lecz i z dzisiejszego wyda- 
wcy, który zmyślenia jego przyjął za do- 
brą monetę. Nie zmyślił Mazur tylko sa- 
mej „nawigacji", t. j. morza, którym się 
ze Gdańska do Lubeki przepławił, jak 
inni Polacy, odbywający spółcześnie tę 
samą przejażdżkę np. dla traktatów z 
Szwedami, przesadził tylko umyślnie bu- 
rze i dnie przecież krótkiej i łatwej drogi; 
co innego, gdyby np. do Bremy jadąc Jut- 
land ę okrążał. Byiyż w literaturze opisy 



podróży morskiej, ależ Kochanowskiemu 
czy Zbylitowskiemu chodziło o Tęczyń- 
skiego czy o Zygmunta III; morze było 
przydatkiem, nie celem; Borzymowski 
pierwszy i jedyny przed Konopnicką z 
samem morzem, z falami i wichrami roz- 
prawiał a tryb morski, jego uciechy i ka- 
tastrofy wymownie opiewał. Więc sam 
główny zrąb autentyczny, lecz nie star- 
czyłoby samego opisu morza na siedem 
sporych rozdziałów; potrzeba było i ja- 
kiejś fabuły, a ta była zgóry na luźne epi- 
zody skazana, bo przypadkowego towa- 
rzystwa polskiego a głównie niemieckiego 
nic na okręcie nie łączyło; nie dowiaduje- 
my się nawet, co szlachciców na wypra- 
wę morską wywabiło. Poemat sam po- 
święcony Janowi Zamoyskiemu (wnuko- 
wi kanclerza) i jego siostrze Gryzeldzie, 
wdowie po „Jaremie"; Jan i Jarema 
walczyli pod Beresteczkiem, a temu po- 
święcił autor epizod o niemal 800 wier- 
szach, dumny ze zwycięstwa, ale jakżeż 
przemilczeć w tym związku o hańbie pi- 
lawieckiej i nędzy Zbaraża i Zbo- 
rowa? 

Pierwsze dwa rozdziały jeszcze ni- 
czego; dają wezwania do Najświętszej 
Marji Panny jako do „gwiazdy morskiej", 
odjazd, pierwsze burze, sny pobożne i 
niepobożne, wesołość uczt i zabaw na 
nawie a tęsknią za lądem, ale przy koń- 
cu drugiego rozdziału grozi nowa sza- 
lona burza słabej nawie rozbiciem; cu- 
dem ocaleli podróżni u jakiejś wyspy, 
wylądowali szczęśliwie i udali się do 
miasta, aby się na dalszą drogę zapro- 
wjantować; wyspa i miasto, Słokhop (nie 
Stockholm!), istniały jednak tylko w wyo- 
braźni Mazura jak i ów „prezydent" mia- 
sta, co słysząc, że to Polacy, zaprosił ich, 
przyjął jak najokazalej i dowiadywał się 
wkońcu o „początku tylko tej wojny" ko- 
zackiej, o której go słuchy doszły; roz- 
dział trzeci zapełniony tem, ale dopro- 
wadza wedle owego życzenia p. prezy- 
denta tylko do odwrotu Kozaków spod 
Zamościa po wyborze króla, o Pilawcach 
i t. d. niema ani wzmianki. Prezydent od- 
płaca się gościom i opowiada, niby we- 
dle obrazów ściennych, w istocie wedle 
spółczesnej ulotki, każń Karola angiel- 
skiego. W rozdziale czwartym, gdy ci- 
sza na morzu zupełna, nasi podróżni inny 
spotkali okręt a na nim ujrzeli Polaków, 
więc batem podpłynęli do nich, p. Zby- 
gniew Gorayski uraczył ich opowiada- 
niem o własnych przygodach morskich i 
o Beresteczku, bo o tem zwycięstwie na- 
si, wyjeżdżając z Gdańska dn. 24 lipca, 
jeszcze nie «łyszeli. Niestety, wszystko 



to zmyślone; jechał Gorayski z Lubeki I chciców z łuków do celu strzela, prawi 



lądem, nie morzem; w październiku, nie w 
lipcu, a w Gdańsku już dwa tygodnie przed 
dn. 24 lipca i Beresteczko (dn. 3 lipca) 
głośne było, ale przez takie rozbicie woj- 
ny kozackiej na dwa różne epizody umo- 
żliwiło się sprytnemu Mazurowi zatajenie 
klęski i hańby; manewr udał się wyśmie- 
nicie. Szczegóły tego „Stokhopa" z ty- 
siąca i jednej nocy pomijamy, np. że czte- 
ry córki p. prezydenta o arcyromanso- 
wych nazwiskach nie strzelały oczkami 



każdy z nich perorę do swej broni. Mowy 
bywają wcale udatne, wszelkie rodzaje 
są reprezentowane, pobożne, strofujące, 
błagalne, pocieszające i t. d.; wzywania 
Najświętszej Marji Panny na początku i 
końcu poematu tchną głęboką skruchą; 
jedyną wadą tych mów bywają dłużyzny, 
spowiedź Praksedy np. liczy 350 wierszy 
(ona powtarza wszelkie swoje racje do- 
słownie!) a bez zwrotów mitologicznych 
się nie obchodzi. Borzymowski nadrabia 



(jak to u Mazurek bywa?); trzech Niem- stale a efektownie kontrastami: ucztują 



cow z okrętu służyło za tłumaczów. 

Dalsze trzy rozdziały zapełniły spra- 
wy rodzinne niemieckie: wyrazy żalu, gdy 
się bracia żegnają; ostatnie słowa pocie- 
chy umierającej „Fruzyny" dla męża u- 
kochanego, jej pogrzeb i kazanie predy- 
kanta, bo nabożeństwa luterskiego gorą- 
cy katolik Mazur nie wyśmiewał, skoro 
Borzymowscy litewscy rej między kal- 
winami wodzili. Do ostatniego (siódmego) 
rozdziału zachował rzecz arcydramatycz- 
ną, która w XVII-wiecznej literaturze ró- 
wnej nie miała. „Marynarz" (kapitan o- 
krętowy) widzi, że nieba jawnie mu nie 
sprzyjają; już brzeg niedaleko, gdy za- 
wsze nagle burze przypadają, coraz 
gwałtowniejsze, więc wedle ogólnego 
przesądu Bóg widocznie winnego na o- 
kręcie karze, okręt więc jakąś utajoną 
zbrodnię przewozi, więc wzywa marynarz 
do kajania się i wyznania. I słusznie: 
Smit oskarża Arnolfa, że Prakseda, któ- 
rą z sobą jako żonę wiezie, jest jego ko- 
chanką nieślubną. Arnolf się wypiera, 
lecz wezwana przez kapitana Prakseda 
w żalu nieutulonym wszystko wyznaje, 
jak sierotę Arnolf zwiódł i zgwałcił, choćby 
życie stracić niż hańbie ulec wolała. Ma- 
rynarz każe Arnolfa okuć, i w Lubece 
sąd katowi go wyda. Jego jęki budzą li- 
tość, ręczą inni, że natychmiast w Lu- 
bece ślub weźmie, i bogatym darem ka- 
pitanowi odkupił się Arnolf od pewnej 
śmierci. Że to wymysły, zdradził autor; 
zapomniał, że mówi o Niemcach miesz- 
czanach, którym nie do pojedynku (do 
którego Arnolf Smita wzywa, gdy wylą- 
dują), lecz iylko do surowego sądu ław- 
niczego udawać się wolno. Ale żadne 
dzieło XVII-wieczne nie posiada równie 
dramatycznych scen, i te stawiają Borzy- 
mowskiego ponad wszystkich Gawiń- 
skich, Żabczyców i tuziny podobnych 
wierszokletów. Borzymowski celuje re- 
toryką, wie o tem i tem się pieści, w ka- 
żdym rozdziale daje po mów kilkanaście, 
nawet Janowi Kazimierzowi pod Bere- 
steczkiem, a gdy w Rostoku czterech szla- 



wesoło na chrzcinach, gdy „baba" z krzy 
kiem wpada, że położnica umiera; obra- 
zy burzy przetykają idylle nadbrzeżne; 
wesoły gwar okrętowy nagła burza w roz- 
pacz odmienia; opis burz samych skute- 
cznie się stopniuje (aż do rzechotania 
djabelskiego). Niema w całej XVII-wiecz- 
nej literaturze dzieła coby się zwartością 
kompozycji i mnóstwem barwnych szcze- 
gółów życiowych, nie urojonych, z Borzy- 
mowskim zrównało; nie brak nawet na 
okręcie predykanta-nieuka, co dykteryj- 
kami Ezopowemi słuchaczów zajmował 
W rozdziale szóstym te szczegóły, o wje- 
ździe Zawadzkiego, starosty puckiego, do 
Rostoku, tak się mnożą i takie drastycz- 
ne, że muszą polegać na autopsji autora, 
nie na fikcji. Obeznany z epiką staro- 
żytnych, nic nie pomija, nawet na 
wzór starożytnych zawody polskie wy- 
stawia: strzelanie z łuków, czego Niemcy 
już od wieku nie znali, i wyścigi konne 
(a szlachciców po imieniu wyliczał i o 
losach ich późniejszych nadmieniał). Jako 
wyszły z szkoły polskiej, był tęgi z niego 
łacinmk i z przekąsem odzywał się o ła- 
cinie studentów rostockich („którzy nieco 
owej napoiwszy się auzońskiej mowy" 
i t. d.J. 1 

Słowem, literatura siedemnastowiecz- 
na została zbogacona o dzieło cenne, któ- 
re mimo zmyślonej fabuły, szczegóły ży- 
ciowe (np tragedję uwiedzionej dziew- 
czyny) subtelnie wydało, i kończymy, 
czem zaczęliśmy: jak mogło się stać, że 
tak! widoczny, wybitny talent zadowolił 

Ztl- T" ą ' ? nakomi ta Próbką, żeśmy 
winni tym wdzięczność, co i po latach 
u autora druk wykołatali i dzieło od za- 
guby ocalili, właśnie w XVII w. grasu- 
jące,; widocznie zbyt mało ceniono służ- 
bę Muzom, przyznawano ją zgóry prywat- 
ne, wyłącznie zabawie autora i ścisłego 
kołka znajomych czy przyjaciół; na pu- 
. , ę ! uz nie liczono; panegiryki i asce- 
tyka smak zabijały. 

Aleksander Bruckner. 



rozruchach. Głód ziemi? — Oczywiści 
Ale przedewszystkiem zawzięta fala Wt0 _ 
gości, głucha konspiracja nienawiści i 
niewyrażone wprawdzie, lecz wiecznie w 
każdym chłopie przyczajone pragnienie; 
„ecrasez 1'infame! . 

To uczucie nienawiści świetnie sfor- 
mułowała Wasilewska, ukazując w każ- 
dym epizodzie życia chłopów i całych 
wsi, sąsiadujących z królestwem Ostrzy, 
skiego, że wszystkie przygody chłopa, j e . 
go klęski, nieszczęścia, choroby, zarazy 
bydła, pożary i t. d. kończą się nieuchron- 
nem „caeterum censeo". Chłop w stosun- 
ku do dworu nie rozumuje i nie argumen- 
tuje. Widzi tylko różnicę poziomu życia 
dobrobytu, posiadania — ■ i odczuwa nie- 
nawiść. Jego stan emocjonalny posiada 
wszystkie cechy stanów religijnych. J es ( 
nieumotywowany i bezapelacyjny. Pańsly 
polityka, prowadzona przez zbrodniczych 
gajowych i rządców, zmierzając do o- 
skrzydlenia chłopa, do wyrugowania go z 
ojcowizny, do pozbawienia go prawa ry- 
bołóstwa i t. d. — dolewa tylko oliwy 
do ognia. Ale i bez tej oliwy nie przyga- 
sa żar nienawiści, czekając jedynie spo- 
sobnej pory, aby wybuchnąć płomieniem 
zemsty i krwawego odruchu. 

Wasilewska nie szczędzi groźnych i 
ponurych sytuacyj, aby odmalować dzi- 
siejszy stan umysłów na zwykłej, prze- 
ciętnej wsi chłopskiej. Czyni to, jak za- 
wsze, z niezwykłym, wybuchowym tempe- 
ramentem, który najbardziej nawet opor- 
nych porywa, chociaż nie zawsze przeko- 
nywa. Bo nie może przemawiać do prze- 
konania mefistofelesowska, szatańska po- 
stać hrabiego Ostrzeńskiego, zajmującegj 
taką postawę jakby tylko czekał na 
chłopskie rozruchy, jakby je chciał spro- 
wokować i oddać na pastwę płomieni 
swój pałac razem z całym dobytkiem. 
Wasilewska zagęściła dookoła tej posta- 
ci taką atmosferę złości i nienawiści, że 
hrabia Ostrzeński staje się — wbrew za- 
mierzeniom pisarki — postacią raczej 
groteskową niż patetyczną, figurą z nie- 
prawdziwego, absolutnie wymyślonego 
zdarzenia. 

Na skutek tego braku umiaru — przy- 
darzyło się to Wasilewskiej po raz pier- 
wszy — uległa tu wykrzywieniu społe- 
czno-programowa linja powieści. Ze spra- 
wy zasadniczej zrobiła się sprawa wyjąt- 
kowa, a reakcja masy chłopskiej nie na- 
brała cech tej klasowej typowości, o któ- 
rą Wasilewskiej napewno chodziło. 

Jeżeli pominąć centralną postać 0- 
strzeńskiego, wszystkie inne figury, wy- 
łaniające się z masy chłopskiej, zniewa- 
lają swą prawdą życia. Ale i w tym rea- 
lizmie ukazuje pisarka jedynie odwrotną 
stronę medalu. Wasilewska ma otwarte 
oczy na wszystkie piękności i cuda nad- 
bużańskiej przyrody; uśmiecha się do 
niej każdy kwiat, ptak i obłok na niebie. 
Ale ma oczy i uszy zamknięte, gdy idzie 
o uśmiech człowieka. A przecież umwci 
najtragiczniejszy z ludzi ma swoje chwi- 
le radości i odprężenia. Pesymizm Wasi- 
lewskiej staje się chwilami koszmarem 
nie do zniesienia. Straszne, makabryczne 
sceny — kamieniowanie młodego Zieliń- 
skiego i zatopienie jego trupa w stawie, 
pożar Brzegów, posucha i głód — utrwa- 
lają się w pamięci jak fragmenty dantej- 
skiego piekła. Czy niema żadnego wyj- 
ścia z tego upiornego koła udręki? Wa- 
silewska znajduje jedyne wyjście w kar- 
nym i solidarnym marszu inteligencji 
chłopskiej i niechłopskiej, ramię w ramię 
z chłopami — w marszu na dziedziców. 

A jednak jeżeli sięgnąć głębiej, nie 

0 ten marsz przecież chodzi. Usunięcie 
hrabiów Ostrzeńskich przyniesie napew- 
no ulgę i podniesie dobrobyt masy chłop- 
skiej. Ale tylko chwilowo i prowizorycz- 
nie. Zagadnienie bytu chłopa nie spro- 
wadza się do sprawy usunięcia urazu 
psychicznego. Metoda freudowska w za- 
stosowaniu do zjawisk społecznych jest 
bardzo zawodna. W tej sferze zagadnień 
ma najwięcej do powiedzenia państwo. 
Jego polityka gospodarcza, zmierzająca 
do uprzemysłowienia kraju, do stworze- 
nia nowych warsztatów pracy, do pogłę- 
biania ruchu spółdzielczego, do wprowa- 
dzenia taniego kredytu rolnego, do ure- 
gulowania prawodawstwa spadkowego 

1 do propagandy kulturalno-oświatowej, 
zakrojonej na wielką miarę — może 
zmienić, oczywiście nie z dnia na dzień, 
dzisiejszy stan materjalny i moralny wsi 
polskiej. 

Wasilewska orjentuje się świetnie w 
tych wszystkich zagadnieniach i poświę- 
ca im nawet trochę miejsca w powieści. 
Ale czyni to jakby z musu i niechętnie- 
Państwo dało wprawdzie na odbudowę 
spalonych Brzegów drzewo ze swoich la- 
sów, w czasie posuchy i głodu zjechały 
nawet komisje, ale cóż z tego? Żadna 
komisja nie sprowadzi urodzaju, a stary 
Matus, który podkradał pszenicę swej sy- 
nowej, będzie i tak musiał iść w świat 

0 dziadowskim kiju. 

Nikomu nie jest dobrze na dzisiejszej 
wsi. Nauczyciel Wincenty — „pan z mia- 
sta" — z największym trudem przystoso- 
wuje się do okropnych warunków życia. 
Chociaż czuje się wśród żywiołu chłop- 
skiego „obcy", chociaż mu tę obcość nie- 
jednokrotnie wypominają, to jednak, kie- 
dy trzeba jechać z delegacją do Warsza- 
wy albo przeciwstawić się panu Ostrzeń- 
skiemu, Wincenty staje obok swej kole- 
żanki, chłopki-nauczycielki z Buczyn, — 
jedynej chyba w powieści pozytywnej po- 

S u a i Ci ' _ ' CZU ' e się solid arny z tą masą 
chłopską, która pozbawiona przez hra- 
biego prawa rybołóstwa, a więc niemal 
prawa do życia, ruszyła na dwór i spali- 
ła go. 

Ostrzeńscy zostali usunięci, Wincenty 
przystał do chłopów, ale ziemia pozosta- 
ła w jarzmie. Świetnie napisana książka 
Wasilewskiej jest tylko krzykiem buntu 

1 rozpaczy. Nie otwiera jednak żadnej 
perspektywy poprawy lub reformy. 

Emil Breiter. 



Nr. 9 



WIADOMOŚCI LITERACKIE 



Krzyżacy i P 



W historjografji Pomorza, i to zarów- 
no polskiej jak niemieckiej, stwierdzić 



rusacy 

przeć na szlachcie. Uważa 



można w ostatnich czasach niewątpliwie 
tendencję do aktualizowania, zwłaszcza 
jeśli chodzi o dobór przedmiotu zainte- 
resowań badaczy. Specjalnem powodze- 
niem cieszą się zagadnienia związane z 
okresami, gdy zmieniało się władztwo 
nad tą ziemią. Dlatego też stosunkowo 
[icznych i obszernych opracowań docze- 
kała się epoka sprowadzenia krzyżaków; 
z tego samego też względu wzrasta w o- 
statnich czasach zainteresowanie okre- 
sem walk społecznych połowy XV w. i 
związanym z niemi przejściem Prus Kró- 
lewskich pod władzę Kazimierza Jagiel- 
lończyka. Inna rzecz, że na zagadnienia 
te wciąż jeszcze patrzy się naogół przez 
pryzmat niemal współczesnych antagoni- 
zmów politycznych i narodowościowych, 
mniej doceniając dominującą nad wszyst- 
kim walkę stanową. 

W tych więc warunkach tern bardziej 
odbiega od przeciętności ciekawa mono- 
grafia królewiecKiego archiwisty, Rudol- 
fa Griesera, poświęcona osobie wodza 
antykrzyżaćkiego powstania stanów pru- 
skich Hansa von Baysen *). Wprawdzie 
autor nie zdołał się powstrzymać od o- 
ceny całego tego ruchu jako zdrady, go- 
dnej bezwzględnego potępienia, mimo to 
jednak dał w pracy swej, wybiegającej 
znacznie poza ciasne ramy szkicu bio- 
graficznego, głębsze i plastyczne w swej 
dynamice tło polityczne okresu. 

Epoka silnych walk stanowych rozpo- 
czyna się w Prusach właściwie już w 
XIV w., trwa zaś co najmniej do połowy 
XVI stulecia. Zapowiedź jej widzimy w 
dobie rozkwitu państwa krzyżackiego — 
za wielkiego mistrzostwa Winricha von 
Kniprode. 

Geneza tych walk jest zrozumiała. 
Państwo krzyżackie miało ustrój zakrze- 
pły, nie znajdujący miejsca dla repre- 
zentacji stanowej. Tymczasem w sąsie 
dnich państwach niemieckich już w 
XIV w. działają rady książęce, złożone 
z przedstawicieli duchowieństwa, szlach- 
ty i miast. Co więcej, w Polsce końca 
XIV w. istnieje zupełnie silnie ugrunto 
wana pozycja rycerstwa, które w szyb 
kiem tempie zwiększa coraz bardziej swe 
uprawnienia kosztem władzy monarszej 
Nic więc dziwnego, że przywileje szla- 
checkie w krajach sąsiednich posiadały 
zbyt wielką siłę atrakcyjną, aby mogły 
pozostać bez echa w ramach państwa za 
konnego. 

Drugiem obok szlachty ogniskiem o- 
pozycji antykrzyżackiej stają się w tym 
czasie miasta, skrępowane silnie podat- 
kowo, politycznie i gospodarczo twarde- 
mi rządami komturów zakonnych. Mimo 
to niektóre z miast szybko wzrastają w 
P°'ęfię gospodarczą. Można to przede- 
wszystkiem powiedzieć o Gdańsku, który 
w związku ze zmianą dróg handlowych 
w Europie i niewątpliwym wzrostem 
znaczenia komunikacji morskiej, coraz 
bardziej potężnieje, w pewnej mierze 
zresztą kosztem Torunia, powoli upada- 
jącego, a wskutek tego najbardziej opo- 
zycyjnego wobec rządów krzyżackich. 

Wszystkie te fermenty stanowe znala- 
zły wyraz po raz pierwszy dopiero w cza- 
sie bitwy grunwaldzkiej: krzyżaków zdra- 
Iził wówczas zarówno przywódca szlachty 
:hełmińskiej jak i rada patrycjuszowskie- 
lo Gdańska, która po klęsce pośpieszy 
:łożyć hołd Jagielle. Wprawdzie tym ra- 
zem Zakon zdołał się wydobyć z upadku, 
a odstępców krwawo pokarał, ale w ka- 
żdym razie ta nieudana próba odłącze- 
nia się była dla Zakonu zapowiedzią 
dalszych powikłań. Aby im więc zawcza 
su zapobiec, rozwija wybawca Zakonu, 
nowy mistrz Henryk von Plauen, cały 
system reform, które zmierzały z jednej 
strony do ograniczenia w miastach roli 
patrycjatu na rzecz, wiernych wobec krzy- 
żaków, cechów rzemieślniczych, z drugiej 
zaś — do stworzenia reprezentacji stano- 
wej, mającej pogłębić istniejące zasad- 
nicze, choć przyćmione wspólną niechę- 
cią do regime'u, antagonizmy między 
szlachtą a miastami. 

Program Plauena był jednak dla kom 
turów zbyt radykalny; pozbawiono więc 
wielkiego mistrza godności, a projektu nie 
zrealizowano, choć w szereg lat później 
miano powrócić do niego, aby rozbić so 
lidarność obu środowisk opozycyjnych. 

Tymczasem Zakon pogrąża się na 
lat kilkadziesiąt w tysiącznych walkach 
i konfliktach, będących jakby wojną 
wszystkich przeciw wszystkim: mistrzo 
wie walczą z komturami, element dolno 
niemiecki wśród rycerstwa zakonnego — 
z żywiołem górnoniemieckim, wielcy mi 
strzowie — z urzędującym w Niemczech 
„Deutschmeistrem" oraz z inflanckimi mi- 
strzami kawalerów mieczowych. W ogniu 
tych wszystkich konfliktów, mimo wol' 
Zakonu, wyrastają stany na arbitra, co 
raz bardziej potężniejącego, niektórzy 
zaś przedstawiciele szlachty pruskiej zy 
skują silną pozycję na dworze wielkie 
go mistrza. 

Ale jeszcze przed zbliżającą się szyb- 
kiemi krokami katastrofą państwa krzy- 
żackiego, zabłysła na krótko nowa próba 
reformy, wysuniętej przez jednego z naj- 
wybitniejszych polityków krzyżackich, 
wielkiego mistrza Konrada von Erlichs- 
hausen. Konrad pragnie wrócić do pla- 
nów Henryka von Plauen i chce się o- 



■ . . -• ją za mniejsze 

zto, nie tak groźne jak miasta, " 



- — «» Dlatego 

tez mianuje przywódcę rycerstwa, Jana 
Baysena, swym doradcą, 



t, kasuje przy tym 
ulgi podatkowe (w opłatach portowych), 
wydane za jego poprzednika na korzyść 
wielkich miast. Tą drogą wielki mistrz 
me tylko odciąża rycerstwo, ale zarazem 
tratia w najsłabszy punkt sojuszu szlach- 
ty z miastami, którego wyrazem był za- 
wiązany przed rokiem (1440), tak groźny 
dla Zakonu — Związek Pruski. Zarzą- 
dzenia te istotnie odnoszą skutek: opo- 
zycja zarówno pozyskanej szlachty jak i 
osamotnionych patrycjuszowskich rad 
miejskich powoli łagodnieje, tak że wiel- 
ki mistrz bliski jest już pełnego sukcesu 
w postaci upragnionego, dobrowolnego 
rozwiązania się Związku. Największą 
przeszkodą jest tu jednak wewnętrzna o- 
pozycja komturów, przeciwnych ustęp- 
stwom wobec stanów. Toteż gdy po ry- 
chłej śmierci Konrada, wielkim mistrzem 
zostaje jego bratanek Ludwik von Erlichs- 
hausen, oponenci faktycznie dochodzą do 
głosu i powodują wydanie kilku ostrzej- 
szych zarządzeń, które niszczą misterny 
wysiłek poprzednika. Sytuacja stopniowo 
zaostrza się coraz bardziej, a dla łączni- 
ków między rządem a społeczeństwem w 
stylu Baysena zaczyna już właściwie 
braknąć miejsca; teraz więc dopiero 
Baysen przeradza się w faktycznego 
przywódcę szlachty: sam staje na czele 
Związku Pruskiego, a później jedzie do 
Krakowa, aby od Kazimierza Jagielloń- 
czyka uzyskać akt inkorporacyjny i na- 
dać powstaniu w ten sposób jakieś pod- 
stawy prawne. 

Już jednak w przededniu wybuchu 
dochodzi w szeregach Związku do roz- 
łamu. Część szlachty z bratem Baysena 
na czele oraz mniejsze miasta odłączają 
się i zgłaszają akces do szeregów wiel- 
kiego mistrza. Grieser patrzy na tę se- 
cesję jako na zdrowy odruch społeczeń- 
stwa, brzydzącego się zdradą; w histor- 
jografji natomiast polskiej (Karol Gór- 
ski) istnieje tendencja do przyjmowania 
kryterjum narodowościowego jako czyn- 
nika decydującego o orjentacji poszcze- 
gólnych odłamów (Niemcy — po stronie 
krzyżackiej, a szlachta polskiego pocho- 
dzenia — po stronie Związku Pruskiego). 
Oba te poglądy wydają się niesłuszne, 
nie tylko bowiem operują bardzo płynne- 
mi dla tego okresu pojęciami, ale stoją 
w sprzeczności z faktami, które sam prze- 
bieg wojny trzynastoletniej dostatecznie 
nam wyjaśnia. 

Pierwsze działania wojenne były nie- 
wątpliwie niespodzianką, przedewszyst- 
kiem dla szlachty pomorskiej, która ro- 
kowała sobie nadzieje na opanowanie 
grodów przyległych do miast, a rozcza- 
rowała się, gdy już w pierwszych dniacn 
po wybuchu zamki te zostały zdobyte i 
zburzone przez wojska miejskie. W 
Gdańsku zburzono nie tylko zamek kom- 
tura, ale też całą dzielnicę miasta (Jung- 
stadt), która mu bezpośrednio podlegała. 
Ta niszczycielska działalność Gdań- 
szczan nie wynikała jednak z żadnej ro- 
mantycznej nienawiści do krzyżaków 
jak to przedstawiają niektórzy history- 
cy), była właśnie konsekwencją najbar- 
dziej trzeźwej polityki tego miasta, wy- 
mierzonej przeciw sprzymierzeńcom — 
szlachcie pruskiej i królowi polskiemu, 
który mógłby sobie rościć pewne prawa 
do objektów pokrzyżackich, tak zaś po- 
stawiony został odrazu w obliczu faktu 
dokonanego. 

Zresztą nie tylko pod tym względem 
polityka wielkich miast, w najwyższym 
stopniu nieufna wobec Kazimierza Ja- 
giellończyka rażąco sprzeczna była z 
uległością, jaką okazywała szlachta i jej 
orzywódca, Baysen. Grieser, zdający się 
napominać, jak różne były cele obu tych 
stanów, politykę tę traktuje jako lekko- 
myślną nieostrożność Baysena. A orze- 
cież cały ten sojusz szlachty i miast, mi- 
mo że pchały do niego wszystkie niemal 
posunięcia krzyżackie, był mimo wszy- 
stko rzeczą nienaturalną. Nawet wtedy 
gdy wzywano pomocy polskiej, inne były 
cele każdego ze stanów: szlachta pewnie 
już wtedy myślała o bliższem złączeniu 
z Polską — ■ ojczyzną przywilejów, pod- 
czas gdy dla miast te same przywileje 
szlacheckie są. wtedy i później, głównym 
czynnikiem odpychającym od wszelkich 
myśli o unji z Polską. 

Zarysowujący się już w pierwszych la 
tach wojny antagonizm szlachty i wiel 
kich miast ułatwi sytuację wielkiego mi 
strza i dopomoże krzyżakom pozyskać 
zuaczną część rycerstwa, zwłaszcza od 
chwili gdy po śmierci Baysena (1459) kie- 
rownictwo akcją wojenną spocznie fak- 
tycznie w rękach miast, głównie Gdań- 
ska, który postara się to wyzyskać dla 
zwiększenia własnych uprawnień. Wtedy 
też i małe miasta zaniepokoją się w oba- 
wie przed hegemonją nadmotławskiego 
grodu, a polityka Zakonu postara się u- 
miejętnie wyzyskać te nastroje i pozy- 
ska chwiejne żywioły, zwłaszcza we 
wschodnich, słabiej skolonizowanych, a 
pozbawionych wielkich miast, częściach 
swego państwa. 

Dlatego też nie żadne domniemane 
walki narodowościowe, ale właśnie owe 
niedoceniane dotąd, ciche antagonizmy 
szlacheckich i wielkomiejskich sojuszni- 
ków, stały się rzeczą najistotniejszą w 
powstaniu antykrzyżackim. One właśnie 
przesądziły o wyniku wojny trzynastolet- 
niej i uratowały Zakon przed ostateczną 
zagładą. Zresztą znaczenie ich było 
trwalsze, a proszlachecka .polityka krzy- 
żacka pod koniec wojny zdecydowała nie 
tylko o ukształtowaniu politycznem; od- 
biła się w dużej mierze na losach Prus 
Wschodnich i przesądziła o istniejącej 
po dziś dzień wielkoziemiańskiej struk 
turze gospodarczej tej prowincji. 



*) Deutschland und der Osten. Quel- 
len und Forschungen zur Geschichte 
ihren Beziehungen. Herausgegeben von 
Hermann Aubin, Albert Brackmann, Max 
Hein, Johannes Papritz, Erich Randt, 
Walther Recke und Hans Uebersberger. 
Band 4. Hans von Baysen. Ein Staatsmann 
aus der Zeit des Niederganges der Or- 
densherrschaft in Preussen. Von Rudolf 
Grieser. Mit einer Tafel und einer Kar- 
tę. Lipsk, S. Hirzel, 1937; str. VIII i 149 
i 3nl. i tabl. 2. 



Staraniem Oddziału Warszawskiego Zwiqzku Zawodowego Literatów 
Polskich odbędzie się w niedzielę dn. 27 lutego b. r. o godz. 12 

w Teatrze Narodowym 

akademja ku czci ANDRZEJA STRUGA. 

Frogmenł prozy Andrzeja Struga odczyto Aleksander Zelwerowicz. Przema- 
wiać bedq Adam Grzymała-Siedłecki, prof. Juljan Krzyżanowski, J. N. Mil- 
ler, Stanisław Piętak i Wanda Wasilewska. Wiersze Władysława Broniew- 
skiego, Edwarda Kozikowskiego. Antoniego Słonimskiego i Edwarda Szy- 
mańskiego wypowie Kazimierz Wilamowski. 
Przedsprzedaż w księgarni Jakóba Mortkowicza (Mazowiecka 12), w „Orbisie" 
i w kasie Teatru Narodowego 



U OBCYCH 



Stefan Gluecksmann. 



HISTORJOGRAFJA BEZ PROBLEMU 
HISTORYCZNEGO 

Zeszyt neapolitańskiego dwumiesięcz- 
nika „La C r i t i c a", który ukazał 
się niedawno z datą dn. 20 listopada 
ub. r., przynosi świetne studjum bene- 
detta Croce o „historjografji bez proble- 
mu historycznego": 

„Od zasady, której prawda jest nie- 
zaprzeczona, że aby pisać historię, trze- 
ba wznieść się ponad namiętności i u- 
przątnąć idee i sądy zgóry powzięte, dość 
łatwo przechodzi się do innej, że trzeba 
ją pisać zdała od wszelkiego uczestnic- 
twa w walkach życia i że trzeba nie być 
skompromitowanym żadną filozofia. Sfor- 
mułowanie obu zasad i brzmienie słów, 
dosyć podobnie w tej i tamtej, łatwo 
zwodzi na manowce; a mimo to postawy, 
które się tu zarysowują, są tak różne i 
sprzeczne między sobą, jak — żeby użyć 
dosyć drastycznego porównania — czy- 
stość i impotencja. 

Historjografja rozumiana w drugiem 
znaczeniu chwali się i jest chwalona ja- 
ko „czysta", przymiotnik, który — - i on 
także — ma dwa znaczenia. Z jednej bo- 
wiem strony mówi on: „oczyszczony od 
tego wszystkiego co jest sprzeczne i ob- 
ce naturze aktu, który się dokonywa", 
czyli stwierdza najwyższy stopień siły 
działania i doskonałości tego aktu. Z dru- 
giej znaczy on: „oczyszczony od siebie 
samego", t. zn. od tego co jest istotne, 
i w konsekwencji pozbawiony swej wła- 
snej istoty. Tak więc „poezja czysta" 
nie jest to namiętność znajdująca swój 
wyraz w czystości wyobraźni, wolnej od 
pojęć i tendencyj, z tym impetem i od- 
rznceniem wszystkiego co nieistotne, któ- 
re się objawiają w autentycznych two- 
rach poetyckich wszystkich czasów, ale 
jest tylko pewnym sposobem pisania bez 
namiętności i bez wyobraźni, pustym i w 
każdym razie pełnym wszelkich innych 
rzeczy, tylko nie poezji. Podobnie histor- 
iografia „czysta" w tem drugiem i gor- 
szeni znaczeniu, to historiografia pozba- 
wiona wszelkiego płodnego zaintereso- 
wania i myśli, któraby ją oświecała, a 
więc raczej wszystko inne; kronika, poe- 
mat, wymowa, ale nie historjografja, brak 
jej bowiem ni mniej ni więcej tylko tego 
co jest samą duszą historjografji, t. j. 
problemu historycznego". 

Wychodząc z tych założeń, Croce do- 
konywa następnie egzekucji na dwóch 
chlubach historjografji niemieckiej, na 
Rankem i Burckhardcie. 

PRZECIW POJĘCIU LITERATURY 
EMIGRACYJNEJ 

W zeszycie z dn. 29 stycznia b. r. pa- 
ryskiego tygodnika „D a s N e u e 
T a g e b u c h" Hermann Kesten wy- 
stępuje przeciw pojęciu literatury emi- 
gracyjnej, dowodząc iż nie ma ono jeśli 
chodzi o stosunki niemieckie żadnego 
sensu: 

„Czy t. zw. „literaturę emigracyjną" 
miałaby jednoczyć tożsamość wewnętrz- 
nych czy też zewnętrznych okoliczności 
losu? Czy pisarze, o których się tu my- 
śli, mają te same doświadczenia, te same 
przeżycia, te same wierzenia, te same re- 
ligijne, artystyczne, zawodowe, politycz- 
ne i idealne zainteresowania? Twierdzić 
tak, znaczy mówić zdanie bez sensu albo 
też rzucać prostackie oszczerstwo. Na 
wygnanie poszli przedstawiciele wszel- 
kich partyj politycznych, łącznie z naro- 
dowo-socjalistyczną, ludzie wszelkich wy- 
znań, wszelkich systemów literackich i 
filozoficznych, katolicy i kantyści, komu- 
niści i protestanci, ekspresjoniści i sym- 
boliści, realiści i konserwatyści, reakcjo- 
niści i buntownicy, Żydzi i antysemici, 
chrześcijanie i poganie, badacze Biblji i 
czytelnicy Biblji. Poszedł Thomas Mann. 
Poszła z nim część jego uczni. Część 
przyczołgała się do Hakenkreuzu. Po 
szedł na wygnanie Stefan George z czę- 
ścią swych uczni. Część zachwyca się 
Hitlerem. Albert Einstein z częścią swej 
szkoły poszedł na wygnanie. Niektórzy 
z jego uczniów uprawiają opozycję w 
Niemczech. Niektórzy uprawiają aryjską 
iizykę. 

Wspólny los? Czy dzielą wspólny los: 
filozof Lessing, zamordowany w Cze- 
chach, i Feuchtwanger, którego nazwis- 
kiem ochrzczono w Rosji sowieckiej mia- 
sto, ów biedny X, który zdycha z głodu, 
i miljoner Remarąue? Czy mają oni te 
same polityczne przekonania i cele co 
Strasser i J. R. Becher? Eduard Korrodi, 
którego artykułów w Niemczech nie mo- 
żna czytać, ponieważ pisuje do zakaza- 
nego pisma, nie zalicza się do „literatu- 
ry emigracyjnej", Hermann Hesse, kto 
ry emigrował na długo przed Hitlerem, 
nie jest zakazany... 

Fakt emigracji, albo wygnania, albo 
zakazu wjazdu, nie stwarza dla dotknię- 
tych nim pisarzy ani literackich postu- 
latów, ani literackich werdyktów. Wy- 
gnanie wyciska ślady jak każde doświad- 
czenie. Ale żadne poszczególne doświad- 
czenie nie wystarcza, aby wyłącznie we- 
dle niego określać, klasyfikować albo 
piętnować wszystkie dzieła sztuki czy 
utwory literackie. 



NIEUDAŁY DEBJUT SCENICZNY 
MAURIAKA 

Debjutu scenicznego Mauriaka, jego 
„Asmodeusza", oczekiwano we Francji z 
wyjątkowem zainteresowaniem, zrozumia- 
łem zarówno ze względu na pozycję pi- 
sarza jak i na wielką mizerję dzisiejsze- 
go teatru francuskiego. Przyniósł on nao- 
gół rozczarowanie. Oto charakterystycz- 
ny głos Andre Montaigne'a, zamieszczo- 
ny w styczniowym zeszycie paryskiego 
„L e M o i s": 

„Wkraczając na scenę w wieku po- 
nad lat pięćdziesiąt i mając za sobą kar- 
jerę powieściopisarza, która mu przynio- 
sła same sukcesy, Francois Mauriac zdo- 
był się niewątpliwie na gest odwagi, za- 
sługujący na szacunek. Tylu sławnych 
pisarzy trzyma się drogi, przemierzonej 
już po sto razy i gdzie pewni są że nie 
natrafią na żadną przeszkodę, że kiedy 
znajdzie się wśród nich taki, który zdo- 
będzie się na ryzyko, trzeba uchylić 
przed nim kapelusza. Co powiedziawszy, 
wolno wyrazić powątpiewanie czy próba, 
której Mauriac tylko co się podjął, przy- 
służy się bardzo jego sławie. Nie dlate- 
go aby w rezultacie dala dzieło zdecydo- 
wanie zle, ale dlatego że ów duch tak 
wzniosły, owe środki tak silne, jakiemi 
posługuje się w swoich powieściach, po 
przeniesieniu na scenę okazały się nam 
jakby pomniejszone i — żeby powiedzieć 
wszystko — nabrały charakteru trochę 
banalnego... 

Najwięcej martwi to, iż wszystko co 
konwencjonalne w Mauriaku, uwidocznia 
się tak na scenie. W powieściach wielki 
talent pisarza zmusza nas do przyjęcia 
tych czynników konwencjonalnych, do za- 
pomnienia o nich. W teatrze skaczą nam 
one do oczu od chwili podniesienia kur- 
tyny. Te konflikty alkowy i kropielni- 
nicy, i ta burżuazja siedząca na wsi, i ten 
dzielny proboszcz, który zjawia się tyl- 
ko na chwilę, pełen rozsądku i ludzkoś- 
ci — jakie to wszystko zużytel Wątpiąc 
widocznie o całkowitej skuteczności na 
deskach scenicznych tego budulca, p. 
Manriac zapożyczył się u kilku dostaw- 
ców scenicznych, co nam przyniosło dwa 
czy trzy „zabawne" powiedzenia chłop- 
ca do posług i pełne wdzięku żarty dzie- 
ci. Czy trzeba dodawać, że to wszystko 
nie decyduje o niczem?". 

APOKALIPSA ŚW. FERDYNANDA 

F. L. Celinę wydał u Denoela gwał 
towny pamflet antyżydowski „Bagatelles 
pour un massacre". Pisze o nim Marcel 
Arland w zeszycie lutowym paryskiego 
miesięcznika „N o u v e 1 1 e Revue 
F r a n ę a i s e": 

„Bagatelles pour un massacre", to 
Louis-Ferdinand Celinę na wolności. Nie- 
ma już więzów powieściowych! Z rozko 
szą oddaje się tej radości, rozpuścił pysk 
na cztery wiatry, sierdzi się, pyszni, ci- 
ska, gani, nawraca do tego samego, roz- 
daje razy, znęca się, na zmianę: kpiarz, 
satyryk, błazen, liryk, gra siebie same- 
go, doskonale mieszając zaciekłe zapa- 
miętanie się ze świadomością. Ale przy 
tem wszystkiem, czy idzie o półfikcję, 
jak w „Śmierci na kredyt", czy o mono 
log, jak się ma rzecz dzisiaj, stanowisko 
jego różni się tylko stopni-sm swobody 
w obu wypadkach satysfakcję sprawia 
mu dopiero wyolbrzymienie ponad wszel- 
ką miarę jednego rysu, aż do pozorów 
monstrualnego mitu. Punkt wyjścia, fik- 
cyjny czy prawdziwy, to kula śnieżna, 
która pociąga za sobą całą lawinę i w 
której autor toczy się tak jak to było z 
Montaignem, oskarżonym przez Celine'a, 
że jest Żydem. 

I Racine także, i Stendhal, Cezanne 
Gide, to Żydzi w oczach Celine'a. Żydzi, 
t. zn. subtelni, abstrakcyjni, przeintelek 
tualizowani, tkwiący w rozkładzie moral- 
nym — dzięki czemn podtrzymują działa 
nie rasy żydowskiej i jej wieczną potrze- 
bę panowania. Czem jest Żyd dla Celi- 
nę^? Tem wszystkiem co zepsute, okru- 
tne, machiaveliczne. Krytyka jest ży- 
dowska, polityka jest żydowska, kino jest 
żydowskie. Żyd opanował wszystko, krę- 
temi lub cynicznemi drogami przygoto 
wuje swoją ostateczną supremację, ogłu- 
pia i pozbawia tężyzny, gra rolę ofiary 
aby tem łatwiej uderzyć, jest rozsądni 
kiem rewolucyj, rozpętuje wojny (wojny, 
w których umie się strzec, aby się nie 
dać zabić). Pod jego butem olbrzymie 
stado aryjczyków niekrętowlosych samo 
naprasza się z bekiem na ofiarę. Świat 
trzeszczy. Oto nadchodzi godzina Żyda. 
„Bagatelles pour un massacre", to apo 
kalipsa św. Ferdynanda". 

„Słowo Żyd — pisze Arland dalej 
nabiera potrosze sensu, jaki dawniej mia 
lo słowo burżuj". I przy całej swej mo 
nomanji i fantastyczności, książka Celi 
ne'a ma — zdaniem Arlanda — w tem co 
jest w niej z buntu, miejsca głęboko słu 
szne, podobnie jak trafiają się tu strony 
o wybitnej wartości artystycznej, „któ 
rych furja, wymowa, pomysły słowne, 
ryzm wreszcie, są bardzo często zadzi 
wiające". 

Quidam. 




Nieświa- 
domość niebez- 
pieczeństwa ! 



Czy zastanawialiście się kiedykolwiek 
nad niebezpieczeństwem, jakie przed- 
stawia kamień nazębny? Nie czekaj- 
cie aż kamień oblużni Wasze zębyl 
Już od dziś zacznijcie używać regu- 
larnie Kalodontu, jedynej w Polsce 
pasty. zawierajęcej Sulforicinoleat. Ka- 
lodont zwalcza kamień nazębny i zapo- 
biega jego ponownemu tworzeniu się. 



KALODONT 




Kronika zagraniczna 



Niemcy 

O pochodzenie pisma runicznego. W 

Arkiv fcr Nordisk Filologi" ukazało się 
tudjum szwedzkiego uczonego Arnolda 
Nordinga o pochodzeniu pisma runiczne- 
go. Rasiści niemieccy, jak berliński prof. 
Neckel, chcieli widzieć w runach pismo 
oryginalne, stworzone w zamierzchłych 
czasach przez zachodnie plemiona indo- 
europejskie. Nording, w zgodzie z całą 
nauką niemiecką, wywodzi iż pismo ru- 
niczne jest przekształceniem alfabetu po- 
łudniowoeuropejskiego, a więc tego któ- 
ry się wywodzi z alfabetu fenickiego. Ge- 
nezy germańskich runów trzeba więc szu- 
kać w alfabecie stworzonym przez Semi- 
tów. 

Pięć lat wolnej książki niemieckiej". 

Nakładem Straussa w Paryżu ukazało się 
t. „Fiinf Jahre Freies Deutsches Buch 
1933 — ■ 1938" zestawienie bibliograficzne 
ponad tysiąc tytułów — literatury nie- 
mieckiej, wydanej w pięcioleciu 1933 — 
1938 poza granicami Trzeciej Rzeszy. 

Koniec „Kunst wart". W Niemczech 
przestało wychodzić założone przed 
pięćdziesięciu laty znane pismo artysty- 
czne „Der Kunstwart". „Kunstwart" był 
organem nacjonalistycznego i konserwa 
tywnego mieszczaństwa cniemieckiego i 
cieszył się w jego sferach dużym autory 
tetem. Jego ideały artystyczne były w 
niejednem bliskie ideałom narodowego 
socjalizmu, dawał im jednak wyraz w 
sposób bez porównania kulturalniejszy. 

Z puścizny pośmiertnej Wassermanna. 
Z puścizny pośmiertnej Jacoba Wasser 
manna ukazała się w ziirichskiem wyda- 
wnictwie „Neue Biicher" powieść „Oli- 
via". 

Tournee odczytowe Thomasa Manna, 

Thomas Mann wyjeżdża wiosną b. r. do 
Stanów Zjednoczonych, gdzie w piętnastu 
miastach ma wygłosić odczyty na temat 
nadchodzącego zwycięstwa demokra- 
ji": „The Corning Victory of Demo 
cracy". 

Powieść Werfla z dziejów biblijnej 
Palestyny. Zsolnay w Wiedniu wydał 
nową powieść Franza Werfla „Horet die 
Stimme". Tematem jej jest tragedja bi- 
blijnego proroka, odmalowana na tle u- 
padku królestwa żydowskiego. Po trylo- 
gji Thomasa Manna druga to już w lite- 
raturze niemieckiej ostatnich lat wybit- 
na powieść na temat biblijny. 

Powieść o młodzieży w Trzeciej Rze- 
szy. Nakładem Allerta de Lange w Am- 
sterdamie ukazała się powieść Horvatha, 
laureata nagrody im. Kleista z r. 1931, 
..Jugend ohne Gott". Temat powieści: 
konflikt między młodzieżą, wychowaną 
w atmosferze dzisiejszych Niemiec, a 
wrażliwym na sprawy moralne nauczy- 
cielem. 

E. E. Noth przestaje pisać po niemiec- 
ku. Paryskie „Nouvelles Litteraires" o- 
głaszają wywiad Lefevre'a z przebywają- 
cym obecnie we Francji E. E. Nothem. 
Noth wydał świeżo u Plona „La voie 
barree", powieść która ukazała się odra- 
zu w przekładzie francuskim i nie wyj- 
dzie w oryginale niemieckim. Na jesie- 
ni pisarz zamierza wydać u Grasseta tom 
studjów „L'homme chez le partisan", po- 
tem zaś powieść, którą chce pisać odrazu 
po francusku. Do porzucenia języka nie- 
mieckiego skłoniła Notha polityka wy- 
dawców emigracyjnych, którzy lansują 
wyłącznie pisarzy zorientowanych w pe- 
wnym określonym kierunku politycznym 
a nie dopuszczają do głosu pisarzy nieza 
leżnych, dających wyraz — tak jak on 
w „La voie barree" — poglądom odbie 
gającym od utartych twierdzeń na odpo 
wiedzialność Niemiec przedwojennych za 
przewrót hitlerowski. 



Anglja 



O listy Chestertona. „The Times Lite- 
rary Supplement" drukuje apel p. Maisie 
Ward, która pracuje nad biografją Che- 
stertona, do wszystkich posiadaczy listów 
zmarłego pisarza z prośbą o ich wypo- 
życzenie. Ze względu na żywe kontakty 
Chestertona z Polską podajemy tu adres, 
pod którym należy listy te wysyłać: Mrs. 
Chesterton, Top Meadow, Beaconsfield, 
Bucks. 

Dwie nowe książki Wellsa. Niezwykle 
w ostatnich czasach płodny H. G. Wells 
wydał świeżo dwie nowe książki. U Me- 
thuena wyszła nowela „The Canford 
Visitation", satyra na sfery uniwersytec- 
kie (wymieniona w tytule nazwa miejsco- 
wości Canford jest zlepkiem z Cambridge 
i Oxfordu). Nakładem Chatto & Windusa 
ukazała się powieść polityczna „The Bro- 
thers": w pewnem z państw europejskich, 
położonem między Hiszpanją, Bałkanami 
i — ■ Ruritanją, sroży się wojna domowa. 
Po stronie królewskiej jednym z czoło- 
wych polityków jest Richard Bolaris, cze- 
kający tylko na odpowiedni moment, aby 
objąć rządy dyktatorskie; przywódca 
„czerwonych" nazywa się Ratzel. Traf 
chce, iż Ratzel dostaje się w ręce Bolari- 
sa i że wychodzi wówczas najaw, iż obaj 
są braćmi, bliźniakami. Dyskusje, jakie to- 
czą między sobą, utwierdzają ich w prze- 
konaniu, iż ideały ich są w gruncie rze- 
czy sobie bliskie, tyle tylko że każdy z 
nich formułuje je inaczej. Pomiędzy brać- 
mi następuje zgoda, i obaj postanawiają 
walczyć przeciw „wspólnemu szaleństwu" 
w przekonaniu, iż „świat pełen jest takich 
jak my braci, którzy się nie znają". 

Nowe książki Yeatsa. W. B. Yeats wy- 
dał świeżo dwie książki. U Macmillana 
ukazał się fantastyczno-symboliczny dra- 
mat na tematy zaczerpnięte z baśni cel- 
tyckich p. t. „The Herne's Egg". Spotkał 
się on z surową oceną w „The Times Li- 
terary Supplement": recenzent twierdzi, 
iż dramat robi chwilami wrażenie, jakby 
Yeats chciał sparodjować swoje dawne 
sztuki i sprowadzić do absurdu swoją mi- 
styczną filozofję. Równocześnie nakładem 
dublińskiego wydawnictwa „Cuala Press" 
ukazał się zbiór studjów krytycznych 
Yeatsa, przeważnie przedmów do rozmai- 
tych książek: „Essays, 1931 to 1936". 

Somerset Maugham o sobie. W. So- 
merset Maugham wydał u Heinemanna 
książkę o sobie „The Summing Up". 

Ostatnia sztuka Barriego. Londyński 
„His Majesty's Theatre" wystawił ostat- 
nią sztukę Sir Jamesa Barrie „The Boy 
David". W roli Dawida wystąpiła tu Eli- 
sabeth Bergner. Rzecz wyszła także dru- 
kiem u Daviesa z przedmową H. Gran- 
ville Barkera. 

Nowy dramat Priestleya. Londyński 
teatr „Apollo" wystawił nową sztukę 
J. B. Priestleya „People at Sea". Jest to 
dramat symboliczny: „ludzie na morzu", 
to pasażerowie rozbitego okrętu, z je- 
dnym wyjątkiem nie zdający sobie spra- 
wy z grozy swego położenia. Priestley 
cieszy się dziś w Londynie wyjątkową 
popularnością: obok „People at Sea", tea- 
try londyńskie wystawiają równocześnie 
jeszcze dwa jego dramaty. 

Ervine'a „Żona Roberta". W londyń- 
skim teatrze „Globe" wystawiono zbiera- 
jącą wielkie pochwały krytyki sztukę 
St. J Ervine „Roberfs Wife". Osią te- 
matyczną sztuki jest konflikt, który wy- 
bucha w kochającem się małżeństwie na 
tle różnicy zawodów obojga małżon- 
ków i w związku z niemi różnego stosun- 
ku obojga do życia: Robert Carson jest 
wikarym anglikańskim, jego żona Sanchia 
— lekarką. W sztuce poruszono również 
problem regulacji urodzeń. 



WIADOMOŚCI LITERACKIE 



Nr. 9 




Zawiqzać 
krawat 

to fraszka, gdy kołnierzyk 
wyprano w pralni Opus. 
Opus pierze bieliznę mę- 
skq bez zorzutu. Infor 
macje: telefon 5.53-40 




PARAGRAF ARYJSKI 

Feljełon w trzech rundach 



Nie jestem zwolennikiem paragrafu a- 
ryjskiego w sporcie polskim, chociaż lo 
jalnie przyznaję, że sprawa nie jest tak 
prosta jakby się wydawało. Właści- 
wie i z paragrafem źle, i bez paragrafu 
wstyd. Sportowcy nasi nie powinni zosta 
wać za daleko wtyle za lekarzami, adwo- 
katami czy wogóle t. zw. kwiatem inte- 
ligencji. Nie są przecież niczem gorszem, 
ściśle biorąc, są również pracownikami 
umysłowymi. Minęły bowiem te cza 
sy, kiedy wystarczało szybko biegać 
albo wysoko skakać, aby być pierwszym. 
Dziś wszyscy już biegną szybko, skaczą 
wysoko, mają czysty wykop, albo dobry 
backhand — ale wygrywa się tylko gło- 
wą. Wspaniały mózg Nojego, analityczna 
strategja Kucharskiego, taktyczna inte- 
ligencja Kiełbasy, z drugiej strony — dla 
przykładu — sromotne klęski takiej żel- 
bekonowej konstrukcji, jaką jest kolosal- 
ny Caj-nera, oto najlepsze dowody, że 
sportowiec jest pracownikiem umysło- 
wym. 

Jako pracownik umysłowy powinien 
też kroczyć ramię w .ramię z t. zw. kwia- 
tem inteligencji. Otóż przyznaję, że byłby 
to wstyd niemały, gdyby w kwestji para- 
grafu aryjskiego dał się sportowiec pol- 
ski ubiec lekarzowi czy adwokatowi, od 
których nie jest niczem gorszem, a nawet 
przeciwnie. Ostatecznie lekarz uczy się 
wprawdzie kilkanaście lat, ale potem już 
umie raz na zawsze. Tysiąc razy zrzędu 
może już potem zapisywać aspirynę czy 
rycynę, bez szczególnego zawodowego 
wysiłku. Mistrz Doroba musi za każdym 
razem nanowo bić z całej siły w zęby i 
przytem uważać, żeby samemu nie do- 
stać. Różnica między mecenasem Woźnia- 
kowskim a bokserem Woźniakiewiczem 
nie jest tylko drobną różnicą w zakoń- 
czeniu nazwiska. Niechby mecenas stanął 
na ringu. Nokaut techniczny byłby dlań 
najpomyślniejszym wynikiem rozprawy. A- 
le bokser Woźniakiewicz potrafi się mie- 
siącami całemu bronić, oczywiście jeżeli 
będzie niewinny, przed każdym sądem 
świata, naturalnie z wyjątkiem Rosji. 

Gong. 

Runda druga. 

Paragraf aryjski, ustalający, że człon- 
kiem związku — lekarzy, adwokatów, 
piłki nożnej, wioślarzy, bokserów, czy 
tennisislow — może być jedynie wnuk 
babki aryjki, który sam jest aryjczykiem. 
nie będąc jednocześnie Żydem, jest dziś 
koniecznością narodową, nakazem chwili 
i kwestją prestige'u każdego związku. 
To prawda. 

Nie dociekajmy, dlaczego tak jest? 
Problemy, które wiszą w powietrzu, nie 
potrzebują uzasadnienia. 

Zresztą, mamy już za sobą pierwszy, 
pionierski krok, uchwałę związku tenni- 
sowego, która, jak wiadomo, wyklucza 
ze wspólnoty związkowej kluby tennisowe 
„Makabi", wnioskując, nie bez słuszno- 
ści, że babki członków zrzeszonych w 
tych klubach w przytłaczającej większo- 
ści nie były aryjkami. Wprawdzie u- 
chwała ta pozornie godzi nie bezpośre- 
dnio w babki, ale w międzynarodowy 
charakter machabeuszowych klubów — 
zważywszy jednak, że akademickie i ro- 
botnicze kluby szczycą się nawet swą 
międzynarodową łącznością, której im 
ten sam związek tennisowy bynajmniej 
nie bierze za złe, dojdziemy do wniosku, 
że pionierska uchwała w swej ukrytej 
tendencji jest jednoznacznie antybabko- 
wa. Jako sportowcy wolelibyśmy może 
jawne uchwały niż ukryte tendencje - 
nie żądajmy jednak zbytniej jawności od 
sympatycznych radców i dyplomatów na- 
szego sportu. Są w nim kwestie — A i B 
klasowe, rasowe, kasowe, amatorsko-za- 
wodowe — które powinny pozostać za 
mgiełką romantycznej tajemnicy. Za 
wprowadzeniem paragrafu aryjskiego do 
wszystkich związków sportowych prze- 
mawia wiele momentów. Ambicja naro- 
dowa wzdryga się, gdy Witman zdobywa 
puhar łotewski, Rotholc wygrywa dwa 
punkty dla Polski a Szrafaman bije Bo- 
cheńskiego. Neuding w reprezentacji, to 
niemal moralny walk-over dla Irlandji. Tru- 
dniej jeszcze pogodzić się z myślą, że wy- 
niki ichnie zależne są w każdej chwi- 
li, wyłącznie i jedynie od międzynarodo- 
wego porozumienia babek anonimowego 
mocarstwa. Jedna babka drugiej babce 
mrugnie okiem na kanapce, tajemnicze 
dyrektywy rozbiegną się z centrali mię- 
dzynarodowego matrjarchatu, ukrytej w 
niepozornym sklepiku przy ul. Gęsiej, i 
Neuding raz przegrywa, raz wygrywa. 
Rozenblum krwawi, potem nagle prze- 
staje, Witman jakoś nie puchnie, Szap- 
sio znienacka w formie — niby dziwne 
rzeczy, a wszystko zgóry przewidziane i 
ułożone. A my bywamy bezradnymi 
świadkami. Duma cierpi. Już niewiado- 
mo, coby było lepiej — żeby wygrywali? 
żeby przegrywali? żeby wcale nie grali' 

Otóż paragraf aryjski rozciąłby gor- 
dyjski węzeł tych wątpliwości po mace- 
dońsku. To prawda. Niestety, sprawa nie 
jest tąk prosta jakby się wydawało. Wo- 
góle. dla mądrego — nic prostego. 

Gong. 

Runda trzecia. 



Najlepiej zorganizowanemi imprezami 
sportowemi w Polsce były zawsze turnie- 
je zapaśnicze w warszawskim cyrku. Po- 
dziwu godma reżyserja tych walk pamię- 
tała o podstawowej zasadzie atrakcyjno- 
ści: publiczność musi być zawsze po je- 
dnej z walczących stron i przeciw dru- 
giej! Dlatego, dla ułatwienia wyboru 
champion czeski był śmieszny, champion 
niemiecki brutalny, champion ukraiński, 
we Lwowie „zgrabny", był w Warszawie 
„dziki", dlatego Francuz był elegancki, 
Anglik sportowy, a Polak nieposzlakowa- 
nie rycerski. Kiedy czasem walczyło z so- 
bą dwóch sympatycznych, walka — o dzi- 
wo! — stawała się nudna... Ale wspania- 
ły reżyser walk pamiętał także o drugim 
stopniu podstawowej zasady: kulminacja 
atrakcyjności nastąpi wtedy, kiedy się u- 
da sympatje publiczności rozdzielić po- 
między obie walczące strony... 

Dlatego zapaśnik żydowski bywał też 
rycerski, chociaż trochę mniej niż polski. 
Poto, żeby mógł mieć swoich za sobą. I 
dlatego trzy decydujące spotkania tej pa- 
ry, i jeszcze trzy rewanżowe, i siódme 
odwetowe i ósme unieważnione i dzie- 
wiąte nieodwołalne doprowadzały cyrk 
do białej gorączki tupania, gwizdania, ry- 
ku, wycia, klaskania, obelg i awantur. 

Publiczność nie przychodzi na mecze, 
aby być świadkiem „sztuki" sportowej. 
Nie przychodzi przecie na zawody lekko- 
atletyczne, chyba, gdy odbywają się 
przeciw Niemcom. Sprowadźmy drużynę 
„Bolton Wanderersów" i drużynę „Rapi- 
du" i każmy im rozegrać arcydzieło foot- 
balowego meczu z wynikiem bezbram- 
kowym — kto z nas, poza płk. Glabi- 
szem, wyjdzie nierozczarowany? 

Publiczność przychodzi, aby wziąć u- 
dział w pogromie drużyny Antypatycz- 
nych. Przychodzi na mecz bokserski, aby 
widzieć nokauty i krew wroga, aby ry- 
czeć, krzyczeć, tupać, gwizdać, protesto- 
wać i wyć, aby w myśli trafiać w szczę- 
kę, rozkwaszać nosy, bić w żołądek, po- 
lować na oko, strzelać we wraże mordy, 
aby nienawidzić i aby wygrywać. 

Parę lat temu byłem na meczu „Ma- 
kabi" — - „Legja". „Makabi" była wtedy 
zdaje mi się, o krok od mistrzostwa sto- 
licy. Nie zapomnę tej chwili, kiedy sie- 
dzący obok mnie postawny dżentel- 
men zerwał się i stojąc w krzesłach, 
krzyczał na całe gardło: „Wal Żyda!! 
Gdzie bijesz? W mordę bij!!!". Nie biorę 
mu tego za złe, bo to było ludzkie. Był 
to zresztą najpowściągliwszy chyba o- 
krzyk, w ogólnym chórze okrzyków. 

Bądźmy mężczyznami, którzy lubią 
patrzeć prawdzie w oczy i nazywać ją 
po imieniu. Mecze bokserskie są właśnie 
poto, i o tyle mają powodzenie i są- 
dząc według obecnej koniunktury, mieć 
będą coraz większe — o ile jedną z wal- 
czących drużyn będzie jak najczęściej 
„Makabi". Rozgrywki między sympaty- 
czną „Polonią", sympatyczną „Legją", 
sympatycznym „Ursusem" i sympatycz- 
nym C. W. S.em mogą doprowadzić boks 
stołeczny do nudnego poziomu boksu na 
wysokim poziomie, ale nie o to chyba cho- 
dzi? A gdzie kalkulacja finansowa? Nie! 

Nie jestem zwolennikiem paragrafu 
aryjskiego w sporcie. Nie wolno nam 
lekkomyślnie pozbawiać się tak cennego 
atuta, jakim jest „Makabi" jako przeci- 
wnik. Mądrość sportowa nakazywałaby 
raczej dbać o szanowny klub izraelicki. 
otaczać go szczególną opieką, chuchać 
nań, czuwać, aby był w formie, nie szczę- 
dzić mu subwencyj, ulg i udogodnień. 
Rzymianie sprowadzali z dalekiej Judei 
chrześcijan na swoje igrzyska. Chrońmy 
rezerwaty naszych przeciwników, abyś- 
my nie zgnuśnieli w sportowym maraz- 
mie i nie zabrnęli w ślepe uliczki czy- 
stej, deficytowej sztuki. 

Z drugiej jednak strony, nigdy, ani 
przez chwilę nie zapominajmy o owem 
haśle, które podczas ostatniego meczu 
bokserskiego Polska — Niemcy rzucił pe- 
wien bezimienny widz. Tego wieczora^ w 
nagłej chwili ciszy, która zaległa stadjon 
w obliczu grożącej klęski, krzyknął zda- 
leka, z mroku, jakiś przeraźliwy, rozpa- 
czą nabrzmiały głos: „Polacy! Nie zapo- 
minajcie o dompingu!!". 

Odpowiedzią była burza oklasków. 

Nie zapominajmy o dompingu. A pa- 
ragraf aryjski będzie niepotrzebny. 

Gong. 

Koniec rundy trzeciej. 
Proszę liczyć punkty. 

P. S. 

Feljeton powyższy, napisany na ła- 
skawe zamówienie „Przeglądu Sportowe- 
go" (do numeru noworocznego), został 
w ostatniej chwili, z przyczyn, parado- 
ksalnie zwanych „niezależnemi", wyco- 
fany z druku i znalazł się na bruku. 

Czyby „Wiadomości Literackie" nie 
zechciały przygarnąć sieroty? Wyraża- 
jąc jednocześnie, w mojem imieniu, ubo- 
lewanie drogiemu Rafciowi Malczew- 
skiemu za to, że wyjątkowo wlazłem na 
jego grządkę? Jeżeli tak — pozostaję 
z prawdziwym szacunkiem. Jeżeli nie — 

Marjan Hemar. 



NOWE FILMY 



KID GALAHAD (Atlantic) 

Wielbiciele sportu bokserskiego po- 
winni pobiec tłumnie do „Atlanticu". 
Można śledzić na ekranie jak na nagich 
ciałach zapaśników pojawiają się krople 
potu, jak pod skórą prężą się mięśnie, jak 
zaciskają się szczęki, można rozkoszować 
się odgłosami tępych uderzeń, wymierza- 
nych pod żebra, w kark i w nos, można 
zobaczyć pierwszą krew i widzieć cał- 
kiem zbliska dyszących, zachłystanych. 
zlanych potem zwycięzców. Cała „mikro- 
biologia" tej potworności, która zwie się 
boksem i która należy do szlachetnej ro- 
dziny sportów, pokazana jest z sadysty- 
czną szczegółowością, wycieniowana we 
wszystkich dramatycznych fazach, zbli- 
żona i wyolbrzymiona, aby widz mógł 
się nią dosyta nacieszyć. Dla dopełnie- 
nia emocji, bokserskie mecze podszyte 
są jeszcze kryminalnemi machinacjami, 
sensacją policyjną, gangsterami i strzela- 
niną. Walki byków są igraszką wobec tej 
amerykańskiej zabawy i jej filmowego 
przetworu, a pogarda dla rzymskich cyr- 
ków, którą wpajano w nas w humanisty- 
cznych gimnazjach, okazuje się nieżycio- 
wym wymysłem bezkrwistych filologów. 

Cynizm tej boksersko-filmowej afery 
polega m. in. także i na tern, że do jej 
zrealizowania zaangażowano bodaj naj- 
lepszych amerykańskich aktorów — Ro- 
binsona i Bette Davis. Gra tej świetnej 
pary aktorskiej sprawia, że widz nie 
tylko uczestniczy w meczach, ale może w 
ciągu dwóch godzin rozwiązywać łatwe 
na pozór, choć w istocie zdumiewające 
łamigłówki amerykańskiej^ psychologii 1 . 

MOTYL HISZPAŃSKI (Bałtyk) 

Moment historyczny, na którym o- 
parta jest akcia tego filmu, godzien był 
lepszego potraktowania. Chwila była na- 
prawdę dramatyczna, wielki Napoleon 
zwabił Karola IV, króla Hiszpanii, do 
Bajonny, aby odciąć mu odwrót do ko- 
rony, lud hiszpański burzył się zarówno 
przeciw francuskim najeźdźcom jak prze- 
ciw swemu tchórzliwemu królowi (na fil- 
mie Hiszpanie stoją oczywiście jak mur 
za swoim monarchą), drogami przez Pi- 
reneje ciągnęła armja napoleońska, po- 
przedzana mrowiem szpiegów i wywia- 
dowców, po wsiach i miasteczkach hisz- 
pańscy patrjoci podburzali do oporu — 
z całego tego ruchliwego i barwnego 
dramatu historycznego film uczynił tylko 
tło trochę teatralne i trochę kiczowate, 
a na pierwszy plan wysunął melodrama- 
cik pełen kupletów i duetów. Hiszpań- 
ski motyl, to tancerka, szpieg hiszpań- 




Skoteczne w działaniu 

sq zazwyczaj czyste leki 
naturalne. Norweski Tran 
Leczniczy, jako wyciąg 
z wątroby wątłuszy siano- 
wi naturalny lek. wolny od 
wszelkich domieszek. Jest 
on w znacznym stopniu 
pozbawiony zapachu 
i smaku i dlatego też 
łatwo przyswajalny. 



NORWESKI 
TRAN 
LECZNICZY 

•łynny na całym iwiacto. 




skich patrjotów, jej partner miłosny, to 
oficer francuskiego wywiadu, świszczą 
kule, walą armaty, trzeszczy królestwo 
Hiszpanji — a ci, tenor i sopran, śpiewa- 
ją sobie jak dwa słowiki na gałązce roz- 
marynu. 

Paradoks tego filmu polega nie tylko 
na pomieszaniu rzeczy małych i dużych 
— ■ polega przedewszystkiem na tern, że 
ognistą namiętną hiszpańską tancerkę 
gra i śpiewa Jeanett Mac Donald, nie- 
wzruszona, nieruchoma, niepokalana pię- 
kność amerykańska. W całym filmie ma- 
my zaledwie kilka scen „z charakterem" 
— ■ dobra jest scena przejazdu karocy 
przez górski wąwóz — reszta, to plum- 
pudding dla yankesów. 

WIĘZIEŃ KRÓLEWSKI 
(Palladium) 

Przez chwilę wydaje się, że królewska 
pompa gipsowych zamków, posuwista u- 



roczystość dworskiej świty, marsowa 
twarz niezłomnego sługi, jasne księżnicz- 
ki, czarni pretendenci do tronu, pojedyn- 
ki, lochy i trucizny — że cały wielooso- 
bowy skład i wieloplanowy sztafaż tego 
filmu, to tylko na wielką skalę zakrojona 
groteska. Widz przyjmuje ją zrazu do- 
brotliwie, przymierza do wiadomości z 
polityki zagranicznej i szuka aktualnych 
powiązań — aż nagle zamiera w przera- 
żeniu. Okazuje się że przez ekran prze 
pływa nie groteska, lecz dramat całkiem 
na serjo. Królewski dramat z uwięzie 
niem prawdziwego króla, z podstawie 
niem sobowtóra, z rojalistyczną racją 
stanu — jakaś bujda zupełnie już niepra- 
wdopodobna, spiętrzona, gęsta i zawie- 
sista od nagromadzonych głupstw. 

SZWEDZKI FILM O LAPONJI 

Demonstrowano ten film w sali Tow 
Higienicznego, i miał to być zapewne po- 
kaz szwedzkiej twórczości w zakresie 
filmów krajoznawczych. Film jak żadna 
inna sztuka nadaje się do tego aby nasy- 
cić głód świata, zaspokoić ciekawość nie- 
znanych krajów — tylko film może od 
dać lśniące milczenie nocy polarnej, go 
rączkowy, zdyszany bieg letniego wielo 
miesięcznego dnia, tylko na filmie rozla- 
ne szeroko wody mogą sennie oddychać 
płaskiem sfalowaniem, krzyknąć wysko 
kiem ryby, zatrzepotać szuwarami i za- 
paść w mrok gładzone zachodzącem 
słońcem, tylko na filmie może ożyć bu 
rzliwy dramat wodospadu, przemówić 
ponura wielkość górskiego masywu, tyl- 
ko na filmie stać może zmartwiała w 
bezruchu blada przestrzeń, i tylko film 
wyrwać się może iednym przeskokiem z 
powietrznej abstrakcji, chwycić konkret 
— zmarszczoną twarz Lapończyka, śli 
ską łuskę ryby, sypką grudę ziemi. 

Ze wszystkich cudów Laponii szwedz 
ki film pokazał nam jedynie jakby krzy 
wo wycięte kawałki, związane przypad 
kowo, koślawo i nieudolnie — w do 
datku tę piękną Laponię pokazano na 
niemym aparacie, dźwięk biegł na mar 
ginesie obrazów w postaci białych prąż 
ków i piskliwem rzężeniem mścił się za 
to że odebrano mu głos - — bardzo źle 
zaprezentowano i twórczość szwedzką i 
szwedzką ziemię. Może zresztą geogra 
fom wystarczą martwe skrawki pejzażu 
na milczącej taśmie, ale ludziom, dla któ 
rych film jest przeznaczony, nie należy 
psuć jednego z najsilniejszych przeżyć 
poetyckich, jakiem jest przeżycie nie- 
znanego kraju. 

Stelanja Zahorska: 



LISTY FRYDERYKA CHOPINA 

w opracowaniu HENRYKA OPIEŃSKIEGO 

400 stron druku - 23 rotograwiury - cena ił. 25.-, w oprawie zł. 30.- 
Nakład Jarosława Iwaszkiewicza i ..Wiadomości Literackich" 
Skład główny: Księgarnia J. Przeworskiego 



Wystawy w I. P. S.-ie 



Grunwald, twórca niepokojących fan- 
tazyj rysunkowych i kunsztownych prze- 
dmiotów z metalu, ograniczył się tym ra- 
zem do ukazania nam swych nowych 
dzieł z zakresu metaloplastyki. 

Niespornemi pod względem artystycz- 
nym osiągnięciami Grunwalda w tej dzie- 
dzinie są przedewszystkiem kształtne 
wazy, patery, kubki, czarki i popielnicz- 
ki, misterne tace, misy i talerze, kute 
ręcznie w czerwonawej miedzi, żółta- 
wym mosiądzu lub zielonkawym „białym 
metalu", zdobione dyskretnie ornamen- 
tem literniczym i figuralnym, najczęściej 
w postaci znaków symbolicznych lub 
herbów, grawerowanych rylcem lub wy- 
bijanych młotkiem. Wytworność kształtu 
łączy się w tych utworach z subtelnem 
poczuciem swoistego piękna każdego z 
użytych materjalów — jego barwy, po- 
łysku, faktury, pełnem umiaru stosowa- 
niem ornamentu i precyzją wykończenia. 

Najbardziej reprezentacyjnem dziełem 
Grunwalda, ukazanem na wystawie ze 
względów technicznych tylko w fotogra- 
fjach i jednym fragmencie, są dwie mo- 
numentalne, mające trzy metry wysokoś- 
ci, kute i wybijane w mosiądzu i miedzi 
zasłony na grzejniki w nowym pawilonie 
ministerstwa spraw zagranicznych. Boga- 




HENRYK GRUNWALD: 
Misa z białego metalu 

te ornamenty figuralne w postaci okrę- 
tu, zastawy stołowej, postaci ludzkich, 
zwierząt, ptaków, ryb, drzewek i owo- 
ców zespalają się tu w jedną harmonijną 
całość ze stylizowanemi dekoracyjnie 
sentencjami z pisarzy staropolskich. 

Cenną pozycję w dorobku Grunwalda 
stanowią również przedmioty kute w że- 
lazie — lampy, świeczniki, zastawy przed 
kominek i t. p. Widzimy tutaj, jak szla- 
chetne kształty można wydobyć z ma- 



terjału tak zdawałoby się pospolitego i 
niewdzięcznego, jaTt zwykłe żelazo. Mniej 
szczęśliwe są natomiast, przynajmniej dla 
mnie, jego kinkiety i żyrandole z bron- 
zu, obarczone reminiscencjami pewnego 



HENRYK GRUNWALD: 
Zasłona na grzejniki z mosiądzu 

kierunku zdobnictwa polskiego z pierw- 
szych lat powojennych, pozostającego za- 
lówno pod wpływem secesji jak folkloru. 

Wdzięczne pole do zastosowania swe- 
go kunsztu w zakresie kształtowania 
metali znalazł dalej Grunwald z jednej 
strony w projektowaniu medali i odznak, 
z drugiej — w pomysłowem i pełnem 
smaku komponowaniu różnych ozdób 
stroju kobiecego — klamer do pasków, 
diademów, bransolet, broszek i wisiorów. 



Nowych dróg szuka Grunwald w ry- 
sunkach grawerowanych na płytach mie- 
dzianych lub mosiężnych. Rysunek Grun- 
walda, posługujący się cienkim, ostrym 
konturem, nadawał się wybornie do prze- 
niesienia na gładką powierzchnię meta- 
lową. W rysunku na blasze miedzianej 
Grunwald ogranicza się do szkicu kon- 
turowego. W rysunku na mosiądzu usi- 
łuje przez siekanie i wybijanie blachy 
wydobyć z niej pewne swoiste efekty 
fakturowe. 

Pionierska pod wieloma względami 
na naszym gruncie działalność Grunwal- 
da w dziedzinie metaloplastyki nie po- 
winna pójść na marne. Zwłaszcza dla na- 
szych młodych rzemieślników niejeden 
jego utwór może się stać wzorem umie- 
jętnego i pełnego artyzmu kształtowa- 
nia miedzi, mosiądzu lub żelaza. 

O Hrynkowskim, założycielu i wie- 
loletnim prezesie cechu plastyków „Je- 
dnoróg", i o pokrewnem mu z punktu wi- 
dzenia dążności artystycznych, pozosta- 
jącem pod wpływami Weissa, Pankiewi- 
cza i „Ecole de Paris" krakowskiem 
zrzeszeniu artystów „Zwornik" (Czyżew- 
ski, Fedkowicz, Geppert, Gerżabek, 
Krcha, Menkes, Schinagel, Stapiński) tru 
dno powiedzieć coś nowego. 




HENRYK GRUNWALD: 
Talerz z miedzi 

Herszaft ma bodaj po raz pierwszy 
większą wystawę swych utworów grafi- 
cznych — akwafort i suchych igieł. U- 
t^TZn — v P e i za . ż e. motywy architek- 

WeDeC ', i ' Sycylii * P«no«a. 
kwiaty, głowy, studja portretowe — od- 
znaczają się prostotą ujęcia, starannoś- 
cią rysunku i doskonałem opanowaniem 
techniki akwafortowej. 

Mieczysław Wallis. 



/Mn/j 




1* W«* J 

WŁOSY! 



Natyebmlast p riv 
pierwszych oznakach 
wypadania w i o ■ 6 w 
stosuj 

TRiLYSIN 

który usuwa szkodli- 
wy łupie*, ożywia ce- 
bulki włosowe i wzma- 
cnia porost wlnsow. 




lizy polskie 



Ankieta „Wiadomości Literackich" 

Leon Pomirowskis Przygotowuję do 
druku tom szkiców literackich. Będą to 
w przeważnej części rozważania teore- 
tyczne na temat współczesności literac- 
kiej, częściowo zaś sprawozdania z po- 
szczególnych książek. Poza tern pracuję 
nad obszernem studjum p. t. „Powieść i ł 
dramat", w którem chodzi mi nie tylko 
o ścisłe rozróżnienie tych form jako ga- 
tunków literackich, ale i o uwydatnie- 
nie pewnych zasadniczych, powiedział- 
bym — klasycznych, odrębności „świa- 
topoglądowych", charakteryzujących po- 
stawę powieściopisarza i dramaturga. 

Michał Rusinek: Kończę w tej chwi- 
li powieść współczesną, która stanowi 
wprawdzie odrębną całość, jest jednak 
ideową kontynuacją ostatniej mojej książ- 
ki „Pluton z Dzikieł Łąki". Starałem się 
się w niej pokazać fragment życia pol- 
skiego na odcinku lat kilkunastu. Dzieje 
się ona w znacznej części w środowisku 
proletarjatu urzędniczego, który mojem 
zdaniem (może się myję) nie znalazł 
szerszego ujęcia w prozie beletrystycz- 
nej ostatnich czasów. Przy pracy tej pcha 
mi się ustawicznie na karty książki buj- 
ność życia młodego pokolenia, jego „mi- 
łość, młodość, awantura", że użyję słów 
zmarłego świetnego prozaika. Ten drugi 
motyw przerósł mi książkę gorętszemi 
żyłami i może doprowadził nieco rado- 
ści do niektórych rozdziałów. 

Nie wiem czy zanudzę czytelnika, czy 
też go (rzecz wątpliwa) pozyskam tem, 
że nadałem powieści styl wspomniemio- 
wo-pamiętnikarski, przez co pragnę wy- 
wołać pozory materjalu autobiograficz- 
nego, choć Bogiem a prawdą jest go w 
powieści nie wiele. Zresztą było go rów- 
nie mało w mojej „Burzy nad brukiem" 
czy w „Plutonie", który mimo to okreś- 
liła krytyka mianem książek autobiogra- 
ficznych. Kończąc tę książkę martwię się 
jak zawsze co z tego wyjdzie i biedzę się 
nad tytułem. Powieść powędruje do wy- 
dawcy, t. j. Książnicy-Atlasu, w pierw- 
szych dniach lutego. 

Pozatem skończyłem korektę książki 
p. t. „Polska zaczyna się od Gdyni", któ- 
rą Państwowe Wydawnictwo Książek 
Szkolnych we Lwowie wydaje w dniach 
najbliższych. Jest to cykl reportaży prze- 
znaczony dla młodzieży. Dla firmy Ge- 
bethner i Wolff poprawiam „Burzę nad 
brukiem", która w nowem wydaniu wyj- 
dzie pod koniec lutego b. r. 

Zamierzenia na przyszłość — nowa 
powieść. Marzenie — skończyć ją przed 
końcem b. r. 

Marjan Ruth Buczkowski: W pierw- 
szych dniach marca b. r. nakładem „Ro- 
ju" ukaże się tom moich opowiadań i 
nowel p. t. „Zwyczajność i przeczucia". 
W tomie tym znajdzie się m. in. całe 
„Dzieciństwo", z którego fragmentem 
debiutowałem w r. 1933 na łamach „Wia- 
domości Literackich" (nr. 508). 

Piszę powieść psychologiczną o nieu- 
stalonym jeszcze tytule. Gromadzę ma- 
terjały do pracy o Józefie Piłsudskim. 
W notatkach duża, kilkutomowa powieść 
p t. „Płoty i drogi". 

Elżbieta Szemplińska-Sobolewska: W 
styczniu b. r. sprzedałam Jaraczowi sztu- 
kę teatralną, której bohaterami są ludzie 
z „Narodzin człowieka". W marcu wy- 
chodzi nakładem Książnicy-Atlasu po- 
wieść psychologiczna „Potrójny ślad" 
(fragment jej szedł przez radjo jako słu- 
chowisko pod tym samym tytułem). 

W a dalszą przyszłość pozostawiam 
wydanie „Łańcucha" (drugi tom „Naro- 
dzin człowieka") oraz poematu „Lisie 
księżyce". 



*) patrz nr. nr. 741 
ści Literackich". 



747 „Wiadomo- 



HO-RADIA 




ML O 



WIADOMOŚCI LITERACKIE 




CO KRAJ 
TO OBYCZAJ 



dzikus pije wodę. człowiek 
cywilizowany k£wę i herbatę „PLUTON" 



„PLUTCN" T. i 
Sp Akr. 



M. Tarasiewiczćw 
w Warszawie 



^.•7i P ° P w?- e , nim 8 - str omcowym numeTZe 
l'*'J „Wiadomości Literackich" (11 ilu- 
stracy,): Sir Howard William Kennard, 
ambasador Wielkiej Brytanji w Warsza- 
wce: O charakterze brytyjskim. — Wła- 
dysław Broniewski: Poeta i trzeźwi. Mój 
pogrzeb. — Andre Gide, przełożyła Ha- 
lina Sztompkowa: Powrót z Z. S. R. R. 
uzupełniony. Listy czytelników. — Ma- 
na Ukniewska: Niedziela Teresy i przy- 
goda Dubenki. — Włodzimierz Dzwon- 
kowski: Wojna 1812 roku. — Stanisław 
Rogoż: Pisarze o Warszawie. — Mieczy- 
sław Wallis: Architektura i malarstwo. 
— Bolesław Dudziński; Podróże. — Emil 
Breiter: K. H. Rostworowski. — Stani- 
sław Piołun-Noyszewski: Konkurs na O- 
lesię. — Bruno Winawer: Muszle na wy- 
brzeżu: Przeludnienie. Hormony. Nuda. 
— - W garderobie duchów. — Antoni Sło- 
nimski: Kronika tygodniowa. — ■ as.: Dwie 
premjery. — Stanisław Brucz: Życie u- 
mysłowe. — jam.: Przegląd prasy. — 
W pracowniach pisarzy polskich. An- 
kieta „Wiadomości Literackich" (Marce- 
li Handelsman. Paweł Hulka-Laskowski. 
Herminja Naglerowa). — O książce Gi- 
de^ w Senacie Rzeczypospolitej. — Ca- 
mera obscura. — Korespondencja. — No- 
we sukcesy Artura Rodzińskiego. — Bal- 
lada Lucjana Szenwalda w „Cyruliku". — 
Tydzień bibliograficzny. — Książki nade- 
| słane. — 10 lat temu. 



AUTOBIBLJOGRAFJA K. H. ROSTWOROWSKIEGO 



Trzy nieznane listy Chopina 



K. H. Rostworowski, na propozycję 
wydania zbiorowych dzieł dramatycznych, 
uczynioną mu przez Marjana Szta,nsber- 
ga, właściciela księgarni pod firmą F. 
Hoesick, odpowiedział listem następują- 
cym: 

Kraków (Salwator) Gontyna 10. 

21/3 1934. 

Wielce Szanowny Panie Dyrektorze. 

List Pański sprawił mi niewypowie- 
dzianą radość, bądżcobądź nie jest zaba- 
wną rzeczą pracować i4 lata w teatrze 
w lym ceiu, ażeby nikt nigdzie nie mógł 
przeczytać utworów do których przywią- 
zuje się największą wagę. Dlatego jestem 
anu ogromnie wdzięczny za podjęcie się 
interesu raczej (w tych karkołomnych 
czasach) ideowego. Chronologja moich 
ztuk jest następująca: 

isorja pierwsza: do luftu! 
') „Żeglarze", wydane w „Museionie". 
2) „fod górę", własny nakład, wystawio- 
ne, generalna klapa, książka wycofana 
przeze mnie z księgarń. 3) „Ecfto", nie 
wydane, wystawione, druga klapa. 
Serja druga: 

1) „Judasz z Karjotu", własny nakład, 
2 wydania, wyczerpany w r. 1915. 2) „Ka- 
us Cezar Kaligula", nakład Krzyżanow- 
kiego, wyczerpany w r. 1917 (wydany 
v r. 1916). 3) „Miłosierdzie", nakład 
Krzyżancwskiego (reszta nie wyczerpa- 
na). 4) „Straszne dzieci", nakład Tow. 



Pan Marjan Sztajnsberg, właściciel 
firmy księgarskiej F. Hoesick, nabył nie- 
dawno trzy rękopisy Chopina. Są to dwa 
listy i notatka ołówkowa na karcie wi- 
zytowej Camille'a Pleyela. Rzeczy te nie 
były dotychczas znane i nie zostały włą- 
czone do ostatniego — najobszerniejsze- 
go — wydania korespondencji Chopina 
w opracowaniu Henryka Opieńskiego 
(Warszawa 1937). Podajemy je tutaj ja- 
ko uzupełnienie wymienionego wydania. 

I 

Moje Życie 

Dzięki tobie za Koźmiana, — bez nie- 
go niebyłoby dla mnie Londynn — Dzię- 
ki tobie za listy — bez nich wzdychał- 
bym wciąż a wciąż — ale niech cię wszy- 
scy diabli porwą z błotem tu- 
ta y s z y m które ci się suchem wy- 
dawało. — Gre s z o n blote s z o nl 
— Potem ci powiem ile mi przyjemnych 
myśli a ile nieprzyjemnych smaków mo- 
rze napędziło — potem ci także opo- 
wiem wrażenie tego sadzowego w ł o- 
s k i e g o nieba na móy ciężko podo- 
bne kolumny szarego powietrza znoszą- 
cy nos — także na późniey resztę zo- 
stawię a teraz tylko ci powiem że mnie 
to bardzo szanownie bawi i 
możesz Jasiowi powiedzieć że się tu 
ostrożnie łatwo bawić — kie- 
dy się na krótko — Ogromne rzeczy!! — 
Wielkie urynałyl — Niema s'.ą mimo 
to gdzie wypsipsiać. — Ale Angielki 
ale home ale pałace ale powozy ale bo- 
gactwo ale przepych ale mieysce ale 
drzewa ale wszystko zacząwszy od my- 
dła a skończywszy na brzytwach 
wszystko nadzwyczayne — wszystko je- 
dnakowe wszystko wyedukowane wszy- 
stko umyte a czarne jak 
szlachecka d....H! — Calu;ę cię w twarz 

F. Ch. 

Koźmian dodaie że tutay D u p p y 
na szyldy powypinane!!!! 
Chwal że teraz Londyn. 

Tekst powyższy mieści się na kartce 
papieru kremowego 19 X 16 cm. Papier 
ugóry i udołu wycięty z większego for- 
matu. Obcięcie górne pozostawia nie- 
wielki „występ", na którym mieszczą się 
słowa „Moje Życie". Można przypuszczać, 
że w tej samej linji była data, ale wła- 
śnie została obcięta. Po drugie) stronie 
napisano wpoprzek — wyblakłym dzis 
atramentem — nazwisko: Chopin. 

Jak widać, list był pisany niebawem 
przyjeździe Chopina do Londynu 



Chopin' przyfediał Tam dn. 20 kwietnia 
1848 r Pierwszy znany nam list t-nopi- 
ra z Londynu pisany był dn. 21 kwietnia 
do Wojciecha Grzymały (w wydaniu O- 
pieńskiego nr. 290). W liście tym Cho- 
pin też wspomina o podróży morskie) 
( Morze przebyłem bez choroby wiel- 
kiej"). Czy nowoodkryty list pisany był 
wcześniej czy później i do kogo — tru- 
dno ustalić. Niewątpliwie skierowany 
był do osoby, która zawiadomiła Stani- 
sława Koźmiana o przyjeździe Chopina 
do Anglji. Hoesick w t. II swei, mono- 
grafii „Chopin. Życie i twórczość (War- 
szawa 1927) pisze: „Drugą lubą pociechą 
Chopina... był Stanisław Kozmian, 



ry właśnie w tym czasie powrócił z Po- 
znania, po nieudanej rewolucji w Po- 
znańskiem. Dowiedziawszy się, że Cho- 
p.n bawi w Londynie, zaraz poszedł do 
niego, czem mu sprawił niewypowiedzia- 
ną radość, bo odrazu, jako dawny przy- 
jaciel Fryderyka, stal się jego powier- 
nikiem" (str. 390). Od kogo się Koźmian 
dowiedział o przyjeździe Chopina — Hoe- 
sick nie ustal. ł. Zanotowany w przypisku 
żart Koźmiana polega zapewne na tern, 
że Koźmian zauważył na jakimś szyldzie 
londyńskim nazwisko Duppa. Istnieje ta- 
kie nazwisko angielskie: jeden z nosicie- 
li tego nazwiska napisał stud;um o Mi- 
chale Aniele; jest ono cytowane w mo- 
nografji Władysława Kozickiego „Michał 
Anioł Buonarotti" (Lwów 1909). 

II 

Moje życie, jeźeliś jeszcze nieoddał 
listu mego na pocztę to go nieoddaway 
— bo w tey chwili odbieram inny adres. 

twóy 

Ch, 

Kawa u mnie zawsze Cię czeka. 
Poniedz. 

Notatka ta napisana jest na arkusiku 
papieru listowego satynowanego, o wy 
miarach 18 X 12 cm, z wyciśniętym u 
góry znakiem stanowiącym kombinację 
z trzech „C". Jest to prawdopodobnie 
ów papier, o którym Chopin we wspo- 
mnianym wyżej liście do Grzymały z dn. 
21 kwietnia pisze: „Poczciwe Erskiny 
myślały o wszystkiem... dopiero teraz 
widzę, że ten papier, na którym "piszę 
jest z moją cytrą — ■ i mnóstwo takich 
małych delikatności zastałem". 

List skierowany był zapewne do 
K. F. Szulczewskiego, sekretarza Tow 
Przyjaciół Polski, o którym Hoesick w 
przytoczonem miejscu swej monografji 
powiada: „...jako dawny znajomy Chopi- 
na, teraz poprostu stał się jego totum- 
fackim, wszystko mu załatwiał, ułatwiał 
tak dalece, że nawet wszystkie listy, 
które Chopin miał otrzymywać przez ca- 
ły czas swej bytności na ziemi angiel 
skiej, dostawał za pośrednictwem „po- 
czc.wego" majora, pod którego adresem 
przychodziły". 

Chopin zatrzymał się w Londynie 
najpierw w mieszkaniu przy Bentinck 
Street 10, Cavendish Square, wynajętem 
przez pannę Stirling i jej siostrę, panią 
Erskine; po tygodniu przeniósł się do 
własnego lokalu przy Dover Street 48 
Prawdopodobnie o tej zmianie adresu 
mowa w kartce do Szulczewskiego. Jeże 
li te przypuszczenia są słuszne, datę 
„Poniedz." można uzupełnić: 24 kwietnia 
1848 r. (w dzień przyjazdu Chopina do 
Londynu — 20 kwietnia — był Wielki 
Czwartek). 

III 



któ- 



Czekamy Ciebie o 5-tey godz. 



Chopin 



Słowa powyższe nakreślił Chopin o- 
łówkiem na karcie wizytowej z litogra- 
fowanym napisem: M-r Camille Pleyel. 
Niema danych do ustalenia daty i osoby 
adresata tej karteczki. 




Niezwykły konflikt między matką i córką jest te 
nego filmu p. t. „Szesnastolatka", v?ys™ _ lanego 
powodzeniem w kinie „Studio . 



rką jest tematem potęż- 
z olbrzymiem 




I reumatycznych, arlreiycznych f 
I i nerwobólach siosuje się łab- I 
{I lelki Togal.Togal stosuje się J| 
m w dawkach po 2 tabletki 3 lub = 
H 4razy dziennie. Togal jest jg 
== dobrym środkiem prze- 
1= ciwbólowym- przynosi f§| 
== ulgę w cierpieniach. j=j 



Wydawniczego (nie wyczerpane). 5) 
„Zmartwychwstanie", nakład Krzyżanow- 
skiego (nie wyczerpane). 6) „Antychryst", 
nakład „Bibljoteka Polska", Poznań (nie 
wiem, jakie losy, czy wyczerpany, czy 
nie). 7) „Niespodzianka", nakład Krzy- 
żanowskiego (nie wyczerpane). 8) „Prze- 
prowadzka" i 9) „L mety" nie wydane 
wcale. 

Z tych sztuk najbardziej chodzi mi c 
„Judasza", „Kaligulę" i „Miłosierdzie" 
Iw jednym tomie) — „Niespodzianka", 
„Przeprowadzka" i „Meta" w drugim to- 
mie. A głównie z tych sztuk chodzi mi o 
„Judasza", „Kaligulę", „Miłosierdzie" i 
dwie ostatnie. „Miłosierdzie" wydał 
Krzyżanowski okropnie, w czasie straj- 
ków drukarskich, tak że pies kulawy dzi- 
siaj reszty egzemplarzy nie kupi. 

Odyby Pan Dyrektor chciał wydać 
wymienione dwa tomy, to uregulowanie 
sprawy z Krzyżanowskim biorę na sie- 
bie. 

Sądzę, że wydawanie „Strasznych 
dzieci", „Zmartwychwstania" i „Anty- 
chrysta" nie przedstawiałoby wielkiego 
interesu, gdyż to sztuki mniej warto- 
ściowe. 

Proszę uprzejmie o wiadomość, które 
sztuki miałby Pan Dyrektor zamiar wy- 
dać, wówczas natychmiast dostarczę po- 
prawionych skryptów. 

Łączę wyrazy wysokiego szacunku 

K. H. Rostworowski. 

Kraków (Salwator) Gontyna 10. 

22/4 1934. 

Wielce Szanowny Panie Dyrektorze! 

A zatem sprawa wyjaśniona. Jestem 
bardzo rad, że tylko te sześć sztuk wyj- 
dzie w 2 tomach, ponieważ trzy pozosta- 
łe nie należą do moich sympatyj bez za- 
strzeżeń. Są tam całe akty do przerobie- 
nia a nie bardzo wiem, czy się kiedykol- 
wiek do tej roboty zabiorę. Krzyżanow- 
ski buja po wyspach Kanaryjskich. Po- 
wraca w tych dniach. Natychmiast go 
przyłapię, „rzecz" załatwię — dostarczę 
p. Dyrektorowi poprawionych skryptów 
sztuk 6. 

Łączę wyrazy wysokiego szacunku. 

K. H. Rostworowski. 



Gdybyście mogli zapylać 

PIĘC10RACZKÓW 

Oświadczyłby... 



Lekarza- Opiekuna 

KANADYJSKICH 

"PALMOLIYE' 




SPÓJRZ 
uziewc 



:ik delikatnymi istctuaur cvi» cne i Ma 
temu Mvcie ch stanowiło ni;i\\tfnw\ r.u l> 
_eni Alialv one naule matnie >-zr skcikę i:ua 
meuYkc wiek u'rzała swiatK. u/ienne. 

Or. Daloe ten doświadczony ekart \vie<- 
SKŁ ttana e wówczas w -?zvst\in oie-fcu 
tuwkcwmi. Wicd/i.i cn że nie ma nic 
laęcanie szeec mv acetjc uaictzie oruntew 
rie. Otc a^aczcąc Piecici aczk! używają 
t pecnie oesu cm Lewego mvac sie my 
cień- PaTnowe. , 

Czv może Pani c[izvma'3 ensza radę od 
radv Dr Dafoer To sfvnne ni\ilłc mekności 
-i:«ztue tak niewiele że miliona Kobiet 



azvw? 



kąpie" i 



twarzy. Cera Palmolive lest synonimem 
oicmienuei; uroczei młodości. 

Dlc jł-zvmoma oieknc cery uzywaioe -030 deol- 
n*ac Tvało wvbraneqc dla P'ecc>o^ikow. 



Kołyska przyjaźni 
polsko-holenderskiej 

Był to szczęśliwy pomysł: ująć dar 
Polski dla nowonarodzonej infantki Ni- 
derlandów, księżniczki Beatrix Wilhel- 
miny Armgard, w kształt kołyski, wy- 
struganej z polskiego drzewa. Inteligen- 
tny pomysłodawca — dyrekcja Lasów 
Państwowych — miał niemniej szczęśli- 
wą rękę, powierzając realizację swej pię- 
knej idei młodemu i zdolnemu architek- 
towi, inż. Janowi Bogusławskiemu. Dzie- 
ło jego, już gotowe do przyjęcia w swe 
łono wnuczki królowej Wilhelminy, da- 
ne nam było obejrzeć w iście królewskim 
pałacu potężnego przedsiębiorstwa pań- 
stwowego. 




CAMERA OBSCURA 

O współpracę czytelników „Wiadomości Literackich" w „Camera obscura" 

CO TYDZIEŃ ZŁ. 25.- NAGRODY 

Zwracamy się niniejszem do czytelników .Wiadomości Literockich' z praibq o współpracą w dziale „Camera obłeuro". Prosimy 
o przysyłanie nam wszelkiego rodzaju mcterjalow, |ok broszury, ulotki, czasopisma (w postaci całych numerów lub wycinków 
nie pozostawiających wątpliwości skqd pachodzq) z ustępoml kwaliłikujacemi się da .Camero abscuru" pod odresem: Warsza- 
wa, Królewaka 13, dział .Comera obscura*. Ustęp toki należy wyraźnie oznaczyć, najlepiej kolorowym ołówkiem. Komen- 
tarze nie »q potrzebne, wystorczy surowy moter|oł. Da przesyłki noleży dałqczyć Imię, nazwisko I odres wysyło|qcego. 
rtedakc|a nie zwraco nadesłanego moter|ału i zastrzega sobie prawa wyzyskiwonio ga w dziale .Comera abscuro*. Zo na|- 
lepszq rzecz danego tygodnia redokc|o przeznacza nagrodę w wysokości zł. 25.-, którq ma prawa dzielić lub w razie braku 

adpowiednie| kandydatury, przełożyć na nosłępny tydzień. 

W ubiegłym tygodniu nagrodę zł. 25.- podzielano |ok następuje: zł. 15.- p. dr. Aleksander Rasp w Katowicach (Słowac- 
kiego 17) zo wycinek ze .Śiąskiej Prawdy", zł. 10.- p. St. ".ubecka w Warszawie (pl. Krasińskich 10 m. 40) za wycinek 

z^.Kurjera Warszawskiego . 



Jest to na pierwszy rzut oka wiklino- 
wy koszyk, zawieszony na czterech u- 
kośnych nóżkach; ale ten koszyk jest 
spleciony z delikatnych łuków jaworo- 
wych koloru kości słoniowej. Nóżki, ró- 
wnież jaworowe, „z żyłką orzechową 
wpuszczoną klinem", wspierają się na 
podstawie z czarnego dębu, zdobnej w 
płasko rzeźbione niedźwiadki, rysie i 
wiewiórki. Od wezgłowia wyginają się 
kugórze dwa cienkie pręty ze złoconej 
stali, wieńczące całość koroną w kształ- 
cie kółka dźwigającego osiem ptaków; 
z ich dziobków spływa zasłona z białego 
szyfonu, haftowana w drobne listki, we- 
wnątrz kołyski u wezgłowia widnieją 
dwie tarcze z herbami Domu Orańskie- 
go i Biesterfeld-Lippe. Dno jest wysłane 
jedwabnym materacykiem, ręcznie tka- 
nym w „Ładzie". . „ 

Nie nastręczając asocjacyj z jakimkol- 
wiek pedantycznym stylem meblarskim, 
kołyska sprawia wrażenie smacznie sty- 
lizowanego antyku; cechuje ją lekkosC, 
prostota, rytmiczność linii- 

Rzeźby wykonał Stanisław Sikora. 



PRZEHOLOWAŁ BIEDACZEK 

Jakiś chudzina, widocznie bez innego 
zajęcia, zaczął w Katowicach pisać „prze- 
ciw bolszewikom" — i tak się bieda- 
czek zagalopował, zasapał i zadyszał w 
gorliwości, że w nr. 8 „Śląskiej 
Prawdy" zamieścił wzruszający ar- 
tykulik p. t. „Nauka w czerwonym raju": 

O godzinie 7 -mej dozorcy wyganiają 
dzieci ze sal nahajkami. Po salwie kara- 
binowej dzieci modlą się do posągu Le- 
nina i wymawiają trzykrotnie iormułę: 
— Precz z Panem Bogiem! Niech żyje 
rewolucja i żydzi! Nieposłuszne dzieci 
nie stawia się za karę w kącie, lecz roz- 
strzeliwuje się bez pardonu. Po modli- 
twie nauczyciele uzbrojeni w karabiny 
prowadzą dzieci do nor szkolnych, zaplu- 
tych, cuchnących odorem wódki, machor- 
ki, i nauczają je bezbożnictwa. W szko- 
łach zamiast lamp, używa się świec dym- 
nych. Zamiast dzwonka dozorca rzuca 
granat ręczny. Na pauzach młodzież ba- 
wi się w rewolucję, przy czym często 
zdarza się, że zacietrzewieni chłopcy 
wszczynają krwawą masakrę i rozstrze- 
liwują swych nauczycieli. Kiedy uda się 
im steroryzować władze szkolne, dręczą 
je takimi pytaniami: ile jest 2 razy 2, ile 
jest 7 razy 6. Często dyrektorzy szkól 
nawet po 10 latach praktyki nie mogą się 
nauczyć ile jest 7 razy 8. 

DEFINICJA 

Z artykułu „Zasady równouprawnie- 
nia" („K urjer Warszawski", 
nr. 42) dowiadujemy się nareszcie, co to 
jest kobieta: 

Kobieta jest osobowością ludzką, stwo- 
rzoną dla celu sobie właściwego (osobo- 
wego), do którego ma prawo i obowią- 
zek dążyć swobodnie. 

W ten sposób odwieczna zagadka zo- 
stała rozwiązana. 



Podróżuj 



aa 



Lotem 



aa 



RECEPTA 

„Alma M a t e r" 



2) 



Z pisma 
o Codreanu: 

W czasie zajść studenckich w Jassach 
strzela do prefekta policji i zabija go. Z 
ciężkiej opresji wychodzi jednak szczę- 
śliwie. Zostaje uniewinniony przez sąd. 
Odtąd znany jest już w całej Rumunii — 
a młodzież uważa go za swego wodza. 

„MARTO, MARTO!"-. 

„Głos Poranny" (nr. 38) po- 
daje wywiad, udzielony przez p. Martę 



Eggerth-Kiepurową dziennikom parys- 
kim. Warto posłuchać, co p. Marta Eg- 
gerth-Kiepurową opowiada zagranicą o 
uwielbieniu, jakiem cieszy się jej sławny 
mąż w swojej ojczyźnie: 

— Gdy jesteśmy w Polsce — mówi ona 
— i spóźnimy się na pociąg, wtedy dzieje 
się rzecz bardzo prosta: Jan bierze do 
ręki słuchawkę telefoniczną i wzywa na- 
czelnika stacji. Mówi po prostu: „Hallo, 
tutaj Jan Kiepura! Moje walizy są goto- 
we. Będę miał dwadzieścia lub dwadzie- 
ścia pięć minut spóźnienia. Niech pociąg 
zaczeka na mnie". 

— I pociąg czeka? — zapytał re- 
porter. 

— Jakto? Jeszcze by tego brakowało. 
Musi czekać. 

Byłoby bardzo dobrze, aby Jan wziął 
do ręki nie słuchawkę telefoniczną, ale 
co mu się nawinie, i wytłumaczył swej 
uroczej małżonce, że pociąg wcale nie 
musi i nie czeka — a przedewszyslkiem, 
że małżonka znakomitego śpiewaka pol- 
skiego nie powinna opowiadać zagranicą 
podobnych bredni... Należy się wogóle 
nieco opamiętać w nieprzytomnej wyle- 
wności wobec dziennikarzy. Byłoby np. 
bardzo dobrze, gdyby urocza małżonka 
sławnego tenora polskiego nie opowia- 
dała francuskim żurnalistom, że w Wie- 
dniu 

kiedy Kiepura przejeżdża swoim Mer- 
cedesem przez ulice miasta wszyscy po- 
licjanci stają na baczność i salutują go. 

— Jak króla? 

— Jak króla! 



Aczkolwiek nie fachowcy, ośmielamy 
się skromnie zauważyć, że śmierć osoby 
świadczy o wyraźnem niebezpieczeństwie 
dla jej życia, zwalnianie zaś umarłych z 
więzienia uważamy za bardzo wskazane. 

SKOMPLIKOWANE POKREWIEŃSTWO 



„K urjer Codz 
43) o spadkobiercach ks. 



e n n y" (nr. 
Pszczyńskiego: 



Mowa 
królu. 



oczywiście — o austrjackim 



„WYROZUMOWANE" ŚWIĘTO 

Z „Orędownika" (nr. 362): 

Dzień 11 listopada jest — mniej lub 
więcej wyrozumowanym — świętem ca- 
łej Polski, jako ten, który przez ostate- 
czny upadek Niemiec i przez ostateczne 
zwycięstwo państw centralnych pozwo- 
lił Polsce odetchnąć wolnością i t. d. 

ŻYCIE A ŚMIERĆ 

Z przemówienia w sejmie („G a z e- 
t a P o 1 s k a", nr. 40): 

Twierdzenie, że skoro Parylewiczowa 
umarła, należało ją zwolnić, nie ma u 
zasadnienia. W danym wypadku niebez- 
pieczeństwo życia nie było jawne. 



Otwarcie testamentu nastąpiło w o- 
becności młodszego syna Aleksandra hr. 
Hochberga i żony drugiego zmarłego sy- 
na Klotyldy hr. Hochberg byłej żony 
zmarłego księcia. 

CZYM JEST MAZEPA? 

Odpowiedź daje nam wychodzący w 
Ameryce „Dziennik dla Wszy- 
stkich" (nr. 267): 

Mazepa, jest jedną z arcydzieł tea- 
tralnych Juljusza Słowackiego, osnuta na 
tle wieku piętnastego. Jest tragedją pię- 
kną, odcharakteryzowaną z królem Pol- 
ski, Janem Kazimierzem. Sztuka to dłu- 
ga, bo i długa być powinna, na tego ro- 
dzaju utwór. Mazepa w swym układzie, 
jest w pięciu aktach. Wymaga do swego 
odświetlenia na scenie 15 osób. 

Teraz już wiemy, co to jest za jedna, 
ta Mazepa. 

ZESTAWIENIE 

W Cekcynie (powiat tucholski) odby- 
ła się zabawa. Program jej był bardzo o- 
ryginalnie zestawiony: 

W sprawie skazania na śmierć Wie- 
prza i Towarzyszy zdrajcy, którzy będą 
poćwiartowani na kiełbaski, a służyć ma- 
jące jako pokarm dla gości zaproszonych 
na dzień 2 lutego 1938 r. zaraz po ode- 
graniu przedstawienia przez dzieci szkol- 
ne o godz. 18 p. t. „Przybieżeli do Be- 
tleem" i t. d. 

PORÓWNANIE 

Pismo „Dernieres N o u v e 1- 
les Sportives" (nr. 130) o piłka- 
rzu polskim Wilmowskim: 

U o Chopin du football, 1'inter gauche 
Wilmowski, dont la touche de balie a la 
perfection des touches musicales de son 
illustre compatriote. 

Po przeczytaniu tych słów, Wilmowski 
zrobił nogą taką touche musicale de balie, 
że Francuz, który to napisał, dostał piłką 
prosto w leb. 



WIADOMOŚCI LITERACKIE 



Nr. 9 



Witryna „Wiadomości Literackich" 



projektował Marjan Eilc 




..z okazji wywiadu z mjr. Wacławem Lipińskim w nr. 726 „Wiadomości Li- 
terackich" 




..z okazji parodji malarzy i grafików polskich w nr. 727 „Wiadomości Lite- 
rackich" 



PUSTE WORKtj i 
WYCIĄGAJĄ RijCtj B 



..z okazji artykułu Wandy Melcer „Pjmoc Zimowa" w nr. 743 „Wiadomoś- 
ci Literackich" 




Korespondencja 



,.z okazji wyboru Kazimierza Wierzyńskiego do Polskiej Akademji Litera- 
tury 



KULTURA TRZECIEJ RZESZY 

Do redaktora 
„W iadomości Literackich" 

W artykule Cjuidama „Kultura na 
rozkaz" („Wiadomości Literackie", nr. 
746), streszczającym pracę E. Wernerta 
„L'art dans le Ule Reich", znalazłem pa- 
rę ustępów które — zdaniem mojem — 
wymagają korektury. Nie znam, niestety, 
tej pracy, ale sprawa kultury Trzeciej 
Rzeszy nie jest mi obca. Poświęciłem 
swojego czasu nieco uwagi jej filozoficz- 
nym aspektom na łamach „Wiadomości" 
(nr. 610), zająłem się szerzej przeglądem 
wszystkich dyscyplin sztuki Niemiec 
dzisiejszych w II roczniku publikacji „Ży- 
cie Sztuki" (wydawnictwo Kasy Mianow- 
skiego), a wreszcie rozszerzyłem swoje 
spostrzeżenia na ten temat w serji stu- 
djów, drukowanych w „Ilustrowanym 
Kurjerze Codziennym" w latach 1936 i 
1937. 

Tak np. uważam, że sąd Weinerta o 
filmie niemieckim jest zbyt sumaryczny. 
Film niemiecki nie zadowala wyraźnie 
partji, i dopiero obecnie byliśmy świad- 
kami infiltracji ideologji partyjnej do fil- 
mu („Der Herrscher", „Condottieri", „Un- 
ternehmen Michael", „Togger" i in.). Mu- 
szę jednak przyznać, że obrazy takie jak 
„Zu neuen Ufern", jak i szereg filmów 
otwarcia sezonu 1937/38 stał na uczci- 
wem niveau i że widoczny był wysiłek 
podniesienia produkcji. Także obrazy 
produkcji mieszanej, szczególnie francu- 
sko-niemieckiej. przedstawiały się inte- 
resująco. Kiedy dzisiaj, przebywając w 
Anglji, która przeżywa fatalny kryzys 
filmowy mimo wspaniałych środków i 
możliwości, przypominam sobie obrazy, 
widziane w ciągu trzech lat pobytu w 
Berlinie, jestem pobłażliwszy w swej kry- 
tyce. Najlepsze bowiem filmy, jakie o- 
glądam w Londynie, to filmy — fran- 
cuskie. 

Teatr na wolnem powietrzu, który w 
artykule nosi tytuł „Thiengspiel", nazy- 
wa się właściwie „Thingspiel", albo kró- 
tko „Thing" (to pragermańskie słowo 
przetrwało do dzisiaj w języku angiel- 
skim). Ramy tych teatrów są niekiedy 
imponujące, natomiast — cierpią one na 
brak repertuaru. Największym przeciw- 
nikiem „Thingu" jest — zdaniem mojem 

— klimat. „Thing" jest problemem przy- 
szłości, albowiem zwykły teatr (teatr 
„czterech ścian") idzie w Niemczech 
istotnie po linji tradycjonalizmu. I tu je- 
dnak trzeba przyznać, że zarówno doko- 
nania reżyserskie Griindgensa jak i pro- 
dukcja dwóch berlińskich teatrów „Das 
Kleine Haus" oraz „Theater am Gen- 
darmenmarkt" — stoją na najwyższym 
poziomie. Mówienie o upadku teatru nie- 
mieckiego byłoby niesprawiedliwością. 

Malarstwo natomiast jest istotnie li- 
che, rzeźba posiada oparcie w paru na- 
zwiskach starszego pokolenia. Nawet 
wspaniały ogrom „Haus der Deutschen 
Kunst" w Monachjum nie potrafił pole- 
pszyć wyraźnej nędzy reprezentacyjne- 
go malarstwa niemieckiego, pokazanego 
nam w lecie ub. r. Architektura niemiec- 
ka odnosi przewagę nie tylko we wspo- 
mnianych w artykule budowlach partyj- 
nych, ale także w doskonałych konstruk- 
cjach sportowych (stadjon olimpijski w 
Berlinie) i teatrach pod gołem niebem 
(teatr olimpijski). Słusznie też Wernert 
widzi w architekturze silną stronę sztu- 
ki Trzeciej Rzeszy; tę samą konkluzję 
wyraziłem w moich wyżej wspomnianych 
szkicach. 

Cała kultura Trzeciej Rzeszy jest nie- 
wątpliwie próbą, na której rezultaty na- 
leży poczekać. Powstaje pytanie, czy 
naród leżący na wielkich rozdrożach kul- 
tury i tak współżyjący ze światem kul- 
tury jak Niemcy, potrafi odseparować się 
na długo od wpływów i współżycia z 
tym światem i czy ta kulturalna autar- 
kja jest wogóle możliwa w naszej epo- 
ce? Próba niemiecka jest prawdziwą 
„tour de force", tern więcej iż wiąże się 
ona z hasłami odwrotu od Zachodu i Po- 
łudnia, od „zjudaizowanego chrześcijań- 
stwa" i nawiązania kontaktu z duchem 
nordyzmu i Północy. Ale spójnia z Pół- 
nocą jest mitem, który niewiele ma na 
swoją legitymację (duch kultury skan- 
dynawskiej i literatury skandynawskiej 
w niczem prawie nie zbliża się do nor- 
dyzmu propagowanego w Rzeszy). 

Musimy także pamiętać, że opór za- 
stanego przez hitleryzm środowiska kul- 
turalnego jest w Rzeszy znacznie więk- 
szy aniżeli w faszystowskich Włoszech, 
a cóż dopiero w Sowietach. Fakt ten 
skłania do wniosku, że nowa kultura nie 
będzie budową od podstaw, ale tylko 
nadbudową, i że w Rzeszy dojdzie przy- 
puszczalnie niejako do podziału kultur 

— na oficjalną i na kulturę żyjącą na 
marginesie. Zarysy tego podziału można 
już dzisiaj dostrzec. 

Zbigniew Grabowski (Londyn). 
DWA ŚWIATY 

Do redaktora 
„W iadomości Literackich" 

Należę do tych wielu, którzy mają 
szczery kult dla odwagi pisarskiej i bez 
kompromisowości Antoniego Słonimskie 
go. Cenię w nim jednak nie mniej fana- 
tyka prawdy. I tu muszę z przykrością 
stwierdzić, że Słonimski popełnia nieści 
słości, jeśli chodzi o pewne problemy ży 
dowskie. 

Nawiązuję do jego uwag w „Kronice 
tygodniowej" („Wiadomości Literackie", 
nr. 743) na temat niedoszłego małżeństwa 
ks. Radziwiłła z panią Suchestow. 

„Muszę jednak przyznać, — pisze 



Słonimski, — że trochę drażnią mmie mie- 
szkańcy „Czarnego Lądu", adorujący ks. 
Radziwiłła i rozpisujący się z oburze- 
niem o przeszkodach stawianych temu 
małżeństwu z miłości. Wyobraźmy sobie 
rzecz odwrotną. Jakiś żydowski Radzi- 
wiłł, jakiś syn cadyka z Góry Kalwarji 
chce pojąć za żonę Polkę. Przeszedłby 
istną kalwarję, i nie wierzę aby mu się 
ten śmiały zamiar udało zrealizować. 
Tłumy chasydów obrzuciłyby go błotem, 
wyklęłoby go do siódmego pokolenia, 
gmina żydowska zamęczyłaby go na 
śmierć a po śmierci czarne kruki z cmen- 
tarza starozakonnych rozszarpałyby ciało 
przeniewiercy". 

Pragnę tu pewne pojęcia wyjaśnić. Pi- 
sząc o „mieszkańcach Czarnego Lądu", 
ma Słonimski niewątpliwie na myśli cie- 
mną masę żydowską, pogrążoną w fana- 
tyzmie religijnym. Otóż ciekawi mnie, w 
jakim organie tej masy chasydzkiej lub 
jej „duszpasterza" — cadyka z Góry Kal- 
warji — Słonimski znalazł jakąś wzmian- 
kę o sprawie Suchestow — Radziwiłł. 
Zapewniam Słonimskiego, że sprawy te 
są im zupełnie obce i obojętne, a gdy- 
by już mieli zająć 'jjak|ieś stanowisko, 
zgadzałoby się ono raczej z poglądami 
rodziny księcia... 

Jeśli zaś chodzi o liberalny ogół ży- 
dowski, to jeden z największych przy- 
wódców narodowego żydostwa (dla któ- 
rego i cadyk z Góry Kalwarji miał uzna- 
nie), pozatem świetny pisarz i myśliciel, 
Max Nordau, miał żonę chrześcijankę, 
najwybitniejszy współczesny filozof na- 
rodowo-żydowski, twórca t. zw. neocha- 
sydyzmu, prof. Martin Buber, poślujbił 
Niemkę-protestantkę, największy współ- 
czesny poeta hebrejski, Saul Czernichow- 
ski, ma żonę Rosjankę-prawosławną, pra- 
ktykującą chrześcijankę, w osiedlach bo- 
haterskich pionierów żydowskich w Pa- 
lestynie jest mnóstwo małżeństw mie- 
szanych, nie kto inny, ale właśnie naj- 
wybitniejszy pisarz literatury młodo- 
hebrejskiej w Palestynie J. Ch. Brenner 
miał odwagę powiedzieć w języku hebrej- 
skim: „Bliższy jest mej duszy prorok 
z góry Nazaret, niż ten z góry Choreb" — 
i nikt go za to nie potępił ani nie „wy- 
klął do siódmego pokolenia". 

Zresztą także przywódca syjonistycz- 
ny w Warszawie, zmarły przed kilku laty 
Noe Dawidson, był ożeniony z chrześci- 
janką, a „czarne kruki z cmentarza sta- 
rozakonnych" pochowały go z należne- 
mi honorami... 

Pozwoliłem sobie tak obszernie spra- 
wę tę ująć dlatego, że musimy raz na za- 
wsze ustalić, iż między liberalną inteli- 
gencją żydowską, od „Bundu" socjali- 
stycznego poczynając, na „faszystow- 
skich" rewizjonistach kończąc, a ciemną, 
religijnie 'Zacofaną masą, istnieje prze- 
paść, która się w umysłowości Słonim- 
skiego, niestety, zaciera. 

Henryk Adler. 
POMOC ZIMOWA 

Do redaktora 
„W iadomości Literackich" 

W związku z urządzoną przez Panów 
dekoracją propagandowej witryny „Wia- 
domości Literackich" na rzecz akcji Po- 
mocy Zimowej, pozwalam sobie złożyć 
Panom w imieniu Naczelnego Wydziału 
Wykonawczego Ogólnopolskiego Obywa- 
telskiego Komitetu Zimowej Pomocy 
Bezrobotnym serdeczne podziękowanie 
za okazaną inicjatywę, tak cenną dla 
powszechnej akcji społecznej, jaką jest 
Pomoc Zimowa. 

Przy tej okazji niech mi wolno będzie 
r.a ręce Panów złożyć wyrazy podzięki 
p. Wandzie Melcer, autorce artykułu p. t. 
..Pomoc Zimowa", zamieszczonego w nr. 
743 „Wiadomości", za zajęcie wnikliwego 
i szczerze obywatelskiego stanowiska w 
stosunku do akcji, która musi być bez- 
względnie powszechna, jeśli ma wypełnić 
swe zadanie, a która, niestety, nie znaj- 
duje jeszcze powszechnego zrozumienia. 

Przewodniczący Naczelnego 
Wydziału Wykonawczego: Ma- 
rjan Zyndram-Kościalkowski. 



Pos. dr. Br. W. we Lwowie. Z wier- 
sza p. H. W. nie będziemy mogli sko- 
rzystać. 

Al. Sim. w Antwerpji. Nagroda jest 
przyznawana tylko za książki pisarzy 
żyjących. — Za wyrazy uznania uprzejmie 
dziękujemy. 

St. W. Wiersza nie będziemy druko- 
wali. 

Ks. J. K. w Kopyczyńcach. Sprawę za- 
łatwi administracja, za miłe słowa dzię- 
kujemy. 

S. W. Z wywiadu nie skorzystamy. 

Dr. J. FI. w Krakowie. List przeka- 
zaliśmy. 

Andrzej B. Walecznych 35. 

Adwokat J. Sz. Oczywisty błąd zecer- 
ski: przestawienie liter. 

Ł. F. w Warszawie, Z wierszy nie sko- 
rzystamy; ocen się nie podejmujemy. 

J. W. w Milanówku. Nie wyszedł z 
druku. 

T. Z. Z wierszy „Skamander" nie 
skorzysta. 

Wł. R Z „Odkotwiczenia" nie sko- 
rzystamy. 

M. Ł. Wierszy nie będziemy druko- 
wali. 

XX — Lwów. Nie skorzystamy. 

J. Ż. w Częstochowie. Nie będziemy 
drukowali. 

J. W. N. Nie skorzystamy. — Na re- 
portaż nie reflektujemy. 

Litera. Nie będziemy drukowali. 

M. Kr. Nie skorzystamy. 





jeden pielęgnuje 
naskórek, drugi 

upiększa i 
cerę. 



CREME SIMON 
REIHE SIMON 



SI** 01 * 



Książki nadesłane 



Edward Abramowski. Idee społeczne 
kooperatyzmu. Wydanie piąte. Warsza- 
wa, 1938; str. 50 i 2nl. 

Manuel Maples Arce. Poemes inter- 
dits. Traduits de 1'espagnol par Edmond 
Vandercammen. (Bruksella, 1938); str. 
68 i 4nl. 

Cours et Documents de Philosophie. 
Marcel de Corte, Professeur a l'Univer- 
site de Liege. La philosophie de Gabriel 
Marcel. Collection publiee sous la di- 
rection d'Yves Simon. Paryż, (1938); 
str. 2nl. i XI i 105 i 9nl. 

Liga Ochrony Przyrody w Polsce. 
Dalsza walka o Tatry. (Warszawa, 1938); 
str. 16. 

Wydawnictwa Instytutu Śląskiego. Pa- 
miętnik Instytutu Śląskiego. IV. Józef 
Feldman. Bismarck a Polska. Katowice, 
1938; str. 451 i 5nl. 

Józef Flavius. Przeciw Apionowi. Ży- 
wot. Tłumaczył, wstępem poprzedził i 
uwagami opatrzył Stanisław Lenkowski. 
Lwów, 1937; str. 4nL i 277 i lnl. 

Janusz Gąsiorowski, generał brygady. 
Bibljografja psychologji wojskowej. War- 
szawa, 1938; str. XXVI i 2nl. i 199 i 3nl. 

Wydawnictwa Instytutu Śląskiego. 
Pamiętnik Instytutu Śląskiego. V. Józef 
Gołąbek. Literatura serbsko-łuiycka. Ka- 
towice, 1938; str. 2nl. i 269 i 3nl. 

Hipolit Grynwaser. Sprawa włościań- 
ska w Królestwie Polskiem w latach 
1861 — 62 w świetle źródeł archiwal- 
nych. Warszawa, 1938; str, 8nl. i 196 i 2nl. 

Józef Jasiński. Rola spółdzielczości 
w Tozbudowie gospodarstwa narodowego 
w Polsce. Wydanie drugie. Okładkę pro- 
jektował Fr. Parecki. Wykresy wykonał 
Jerzy Herbst. Warszawa, 1938; str. 63 
i 5nl. 

Dr. Tadeusz Kotarbiński, profesor 
Uniwersytetu Józefa Piłsudskiego. Z za- 
gadnień ogólnej teorji walki. Warszawa, 
1938; str. 92 i 4nl. 

Mieczysław Lurczyński. Pieśni bunto- 
wnicze. Warszawa, 1938; str. 42 i 2nl. 

Jose Marti. Poesies. Traduites en 
franęais par Armand Godoy. Paryż, 1937; 
str. 139 i 5nl. 

Alfred Neumann. Die Goldąuelle. Ro- 
man. Amsterdam, 1938; str. 285 i 3nl. 

Les Beaux Voyages d'Autrefois. O- 
doric de Pordenome. De Venise a Pekin 
au Moyen age. Preface de Rene Grous- 
set, Conservateur du Musee Cernuschi. 
Collection dirige par Pierre Desfontaines 



et Yves Simon. Paryż, (1938); str. XXVIII 
i 2nl. i 126 i tabl. 1. 

A. Rosenberg, friiher Professor der 
Geschichte an der Universitat Berlin. 
Demokratie und Sozialismus. Zur poli- 
tischen Geschichte der letzten 150 Jahre. 
Amsterdam, 1938; str. 345 i 7nl. 

Boris Sokoloff. Le bonheur est la (The 
Achievement of Happiness). Traduit de 
l'americain par Charles Michel. Paryż, 
1938; str. 238 i 2nl. 

Jan Strzembosz. Dzieje dziesięciole- 
cia. I. Pożyczka zagraniczna. Powieść. 
Poznań, (1937); str. 8nl. i 51 i lnl. 

W wirze uczuć. Dramat w 4 aktach 
osnuty na tle wyjścia Izraelitów z Egi- 
ptu. Napisał i opracował wg. faktów hi- 
storycznych Benedykt Szeftel. Łódź, 
1938; str. 33 i lnl. 

Lola Szereszewska. Gałęzie. Warsza- 
wa, 1938; str. 34 i 2nl. 

Studja nad Historją Prawa Polskiego 
imienia Oswalda Balzera. Tom XVI. — 
Zeszyt 3. Organizacja sejmiku halickie- 
go. Napisał Stanisław Śreniowski. Lwów, 
1938; str. 166 i tabl. 1. 

Lew Trocki. Zbrodnie Stalina. (Pre- 
stuplenija Stalina). Z rękopisu rosyjskie- 
go przekład autoryzowany Tadeusza Te- 
slara. Warszawa, 1937; str. 572. 

Dr. Władysław Witwicki, profesor U- 
niwersytetu Józefa Piłsudskiego. Psycho- 
logja a wojsko. Warszawa, 1938; str. 34 
i 2nl. 

Alfred Wizner. Ślady czasu. Warsza- 
wa, 1938; str. 35 i 5nl. 



Wielkie to 
szczęście 
być 

zdrowym: 




2 PIGUŁKI RAN 
2 WIECZOREM 



za rurkę 



Do nabycia we wszystkich aptekach 



lO LAT TŁMU 



Nr. 217 „Wiadomości Literackich" I 
przynosi m. in. omówienie „Charaktero- 
logji" Utitza przez Karola Irzykowskie- 
go p. t. „Twórcza kazuistyka", uwagi 
Rafała Mackiewicza „Cierpieniem i mi- | 
łcścią zdobyte państwo" na temat pra- 
cy Nowaczyńskiego o literaturze litew- 
skiej p. t. „Piórem zdobyte państwo", re- 
cenzje Józefa Wittlina i Pawła Hulki- 
Laskowskiego z nowości niemieckich, | 
kronikę tygodniową Antoniego Słonim- 
skiego, kwestjonu : ącą potrzebę przyjaz- 



du Valery'ego do Polski na zaproszenie 
P. E. N. Clubu. — Paweł Hulka-Laskow- 
ski, w związku z psychozą doszukiwania 
się wszędzie bluźnierstw (sprawa wier- 
sza Rydzewskiej), cytuje wiersz tak ce- 
nionego przez prasę „narodową" Gału- 
szki p. t. „Święty Boże", w którym ró- 
wnie łatwo dopatrzeć się bluźnierstwa. 
Ale — jak słusznie pisze Hulka-Laskow- 
ski — tego rodzaju „bluźnierstwa" „Ho- 
tentotów podnoszą na wyżyny cywiliza- 
cji". 



DRAGO; 



mieszanka benzyny, 
benzolu i spirytusu: 




oszczędność 
łatwy rozruch 
czyste spalanie 
spokojna praca 
motoru 



Stacje uliczne w Warszawie i na prowincji 

„DRAGO" 

S. A. 

Warszawa, Żórawia 3, tel. 550-20 

PRZEDSTAWICIELOM PRASY UDZIELAMY SPECJALNYCH RABATÓW 



PRENUMERATA z przesyłką zł. 9.— kwartalnie, zagranicą zł. 12.— OGŁOSZENIA: za wiersz wysokości 1 mm, 
szerokości 1 szpalty, 60 groszy za tekstem; 80 groszy w tekście. Kolumna ma 6 szpalt. 



Drukarnia Galewski i Dau, Warszawa, Ordynacka 6, 



REDAKCJA: Złota 8 m. 10, tel. 2-42-82, w poniedziałki ćr™1„ 5 „s„4Ł- TZ — 71 17. — 1 • — fS 

tel- 2-23-04. codziennie z^gjg ggjg J ^^l^^^^g^^ tt 

Redaktor: MIECZYSŁAW GRYDZEWSKI " 
Wydawcy: ANTONI BORMAN i M. GRYDZEWSKI